Rozmiar czcionki:

Janusz Kowalski (1925–2017)

Był bardziej kaszubski niż sami Kaszubi


Nowe trasy wciąż układa/ Janusz co mapami włada/ On w Remusie zakochany/ Szuka śladów nad wodami.

Tak śpiewamy podczas lipcowych Kaszubskich Spływów Kajakowych Śladami Remusa. Było ich już trzydzieści jeden, w tym roku planujemy kolejny. Te spływy, ich szczególny kaszubski kształt, żywotny do dziś, to pomysł drëcha Janusza Kowalskiego.


Jedyny taki w Polsce

Zrodził się z jego zafascynowania dziełem Aleksandra Majkowskiego Żëcé i przigòRemùsa, którego bohater, wędrowny sprzedawca, przemierzając Kaszuby, budził etniczną świadomość ich mieszkańców. „W naszych czasach – uzasadniał genezę i cel tego zamierzenia Janusz – obok budzenia tej świadomości, trzeba u wielu Kaszubów umacniać jej poczucie, trzeba pomagać w konsolidowaniu się lokalnych środowisk kaszubskich, a nie-Kaszubom ukazywać bogactwo kaszubskiego życia. Moją ùdbą(zamysłem), która się skrystalizowała w połowie lat 80., było realizowanie tych misji podczas spływów kajakowych, bo rzeki są osiami osadnictwa; nad rzekami rozłożyły się główne kaszubskie wsie”.

Długo nie mógł znaleźć sojuszników, chociaż pukał do różnych drzwi i dopiero podjęcie się organizacji tak pomyślanego spływu przez redakcję „Pomeranii” sprawiło, że zamiar doczekał się realizacji.

Uprawiając od lat studenckich kajakarstwo, umiejętnie połączył wypoczynek na wodzie z kaszubskim programem kulturalnym, realizowanym nader obficie na lądzie. Bo spływ Śladami Remusa to nie tylko płynięcie pośród kaszubskiego pejzażu, ale spotkania z ludźmi, językiem, kulturą. Janusz dzielił spływy na krajoznawcze i ten nasz – krajoznawczo-kulturalny, jedyny taki – jak twierdził – w Polsce. Ta nowatorska formuła spotkała się z nieoczekiwanie dużym zainteresowaniem: już po kilku latach „Remus”, jak nazywany jest skrótowo nasz spływ w kręgach kajakarzy, stał się pod względem liczby uczestników (a bywało ich nawet ponad dwustu) jedną z trzech największych imprez wodniackich na Kaszubach. Janusz nie tylko wymyślił ten wyjątkowy spływ, ale przez wiele lat przewodniczył Komitetowi Organizacyjnemu, dźwigając znaczną część ciężaru przygotowań. Projektował medaliony, opracowywał informatory i przewodniki, modyfikował trasy.

Z czasem, gdy spływ Śladami Remusa zaczął obrastać innymi imprezami turystycznymi – pieszymi, rowerowymi, a także spływami weekendowymi – powstała konieczność ujęcia tego w jakieś ramy organizacyjne. Jesienią 1990 r. powstał Klub Turystyczny ZKP Wanożnik. Janusz, należący do grona jego założycieli, został pierwszym prezesem. W uznaniu zasług przyznano mu później tytuł Honorowego Prezesa Klubu Wanożnik.

 

Redaktor i publicysta

Janusz nie był Kaszubą z pochodzenia. Urodził się w Zamościu, lata dziecięce i młodzieńcze spędził w Lubartowie. W 1939 r. ukończył tam II klasę gimnazjum, a po wybuchu wojny kontynuował naukę na tajnych kompletach. W styczniu 1945 r. rozpoczął studia na Wydziale Architektury Politechniki Warszawskiej (mającej początkowo siedzibę w Lublinie), zarazem będąc już od kwietnia tego roku związany także z Gdańskiem, gdyż tu osiedli jego rodzice Halina i Stanisław. Już w Warszawie zajął się dziennikarstwem: był redaktorem działu architektura i redaktorem technicznym miesięcznika „Politechnik”. W 1948 r. przeniósł się na studia architektoniczne w Gdańsku, kontynuując jednocześnie swe zainteresowania redaktorskie i publicystyczne. W 1956 r. został redaktorem naczelnym „Głosu Politechniki Gdańskiej”, a w latach 1957–1958 szefował dwutygodnikowi „Uwaga”, zrodzonemu na fali popaździernikowej odnowy. Współpracował z gdańską prasą codzienną. Publikował w dwutygodniku „Kaszëbë”, w „Literach” i przez ponad pół wieku w „Pomeranii” (wliczając w ten okres poprzedzający ją Biuletyn ZKP), organie Zrzeszenia Kaszubsko-Pomorskiego, którego był znaczącym działaczem. Czynnym publicystą pozostał niemal do końca życia, a wiele, jeśli nie większość swoich artykułów poświęcił Kaszubom.

Od tej strony – dziennikarskiej – poznałem bliżej Janusza pod koniec 1966 r. W listopadzie tegoż roku redakcja gdańskiego oddziału tygodnika „Politechnik” zorganizowała półroczne seminarium dziennikarskie dla studentów trójmiejskich uczelni. Zgłosiło się ponad dwieście osób. Z nich do redakcji oddziału przyjęto pięć, wśród nich mnie. Każdy oddział miał swego opiekuna z ramienia uczelni. W Gdańsku był nim właśnie Janusz Kowalski. Mając doświadczenie dziennikarskie, pomagał kierownictwu oddziału (szefem był Wiesław Kozyra) w przygotowaniu tekstów do druku. Mój pierwszy artykuł, opublikowany 29 stycznia 1967 r., traktował o Klubie Studentów Pomorania. Januszowi bardzo się podobał, czego nie omieszkał mi oznajmić. Powodem – jak teraz, po półwieczu od tego mojego debiutu prasowego, sądzę – nie była jakość tekstu, ale tematyka. Wówczas jednak nie zdawałem sobie sprawy z tego, jak bardzo tkwi w kaszubszczyźnie ten nasz opiekun, a mój wcześniejszy nauczyciel akademicki. Na Wydziale Budownictwa Wodnego, na którym studiowałem, mieliśmy w semestrze letnim 1964 r., zajęcia z urbanistyki. Wykładał prof. inż. arch. Stanisław Różański , a ćwiczenia prowadził Janusz Kowalski, już wtedy od dwóch lat po doktoracie.

 

Kaszuba z wyboru

Będąc Kaszubą z wyboru, Janusz należał do grona miłośników regionu mających nieraz większe poczucie wartości kaszubszczyzny niż osoby tu zakorzenione, dla których są one czymś oczywistym, naturalnym. Kaszubi z wyboru pokroju Janusza miewają też często większą świadomość, że o język i kulturę kaszubską trzeba się troszczyć, zabiegać, aby to szczególne dziedzictwo przetrwało, nie zanikło pod wpływem współczesnych unifikujących procesów cywilizacyjnych. Stąd też Janusz bywał bardziej radykalny w upominaniu się o prawa Kaszubów do podtrzymywania własnej tożsamości niż sami Kaszubi.

W końcu czerwca 1981 r. opublikował w „Głosie Wybrzeża” niewielki artykuł „Kochać równocześnie”. Stwierdził w nim, że aby język kaszubski nie zanikł, trzeba wprowadzić go do szkół, zorganizować ponadto lektorat tego języka na Uniwersytecie Gdańskim. W artykule tym zawarł też postulaty, żeby Kaszubi mieli w radiu swoją audycję połączoną z nauką kaszubskiego i żeby napisy na tablicach z nazwami miejscowości były na Kaszubach dwujęzyczne. Z dzisiejszego punktu widzenia, gdy ok. 18 tysięcy dzieci i młodzieży uczy się rodnej mowy, gdy tablice są dwujęzyczne, na Uniwersytecie Gdańskim jest kierunek etnofilologia, nadaje Radio Kaszëbë i są audycje kaszubskie w Radiu Gdańsk, a także w TVP Gdańsk i telewizjach kablowych – nic w tym nadzwyczajnego. Wówczas, w 1981 r., artykuł Janusza  wywołał burzę. Autora „Kochać równocześnie” posądzano wręcz o intencje oderwania Kaszub od Polski, a przy okazji dostało się Kaszubom – zwłaszcza w stanie wojennym, który wkrótce potem nastąpił, powoływano się na ten artykuł jako dowód na przejawiane przez nich tendencje separatystyczne.

Swoim radykalizmem w myśleniu o Kaszubach Janusz wyprzedzał czas, ale to cecha ludzi dalekowzrocznych. Nie wada, lecz zaleta, zwłaszcza gdy uprawia się publicystykę.

 

Pierwszy pobyt

Kiedy zaczęła się ta jego fascynacja Kaszubami? Niestety, nie zadałem mu tego pytania. Sądziłem, że wraz z zamieszkaniem w Gdańsku, jego częstymi wyprawami kajakowymi z kolegą ze studiów. Ale okazuje się, że początki mogły sięgać okresu międzywojennego. Otóż latem 1937 roku Janusz przebywał z rodzicami w Kuźnicy na Mierzei Helskiej. Podczas wyprawy do Gdyni odwiedzili kolegę jego ojca. Obaj studiowali prawo na Uniwersytecie Adama Mickiewicza w Poznaniu, na tym samym roku. Tym kolegą był Władysław Kiedrowski, wówczas sędzia Sądu Okręgowego w Gdyni. Mieszkał w willi przy ul. Tatrzańskiej i tam gościli państwo Kowalscy z dwunastoletnim wówczas synem. W domu bardzo kaszubskim. Władysław Kiedrowski podczas studiów w Poznaniu należał do korporacji Pomerania i Baltica, a będąc gdyńskim sędzią, współzakładał Zrzeszenie Miłośników Kaszubszczyzny Stanica, był potem jego sekretarzem. W domu przy Tatrzańskiej spotykali się działacze kaszubscy z Aleksandrem Majkowskim na czele.

Władysław Kiedrowski był ojcem Wojciecha Kiedrowskiego. To jemu opowiedział wiele lat później o tej wizycie Janusz. Mnie zaś zrelacjonowała ją, już po śmieci Janusza, żona zmarłego przed sześciu laty Wojciecha – Renata.


Czynem i piórem

Można by mnożyć przykłady i poszerzać obszary, na których czynem i piórem Janusz walczył o sprawy kaszubskie, jak chociażby jego wieloletnie, zakończone sukcesem, boje publicystyczne o odbudowę linii kolejowej z Wrzeszcza do Kartuz, która – jak przez długie lata dowodził – miałaby kapitalne znaczenie dla rozwoju gospodarczego Kaszub. Szczęśliwie doczekał pod koniec życia realizacji swych zabiegów w postaci Pomorskiej Kolei Metropolitalnej. W marcu 2010 r. brał udział w dyskusji na jej temat, 1 lipca 2013 r. – w uroczystości wmurowania kamienia węgielnego, a 31 sierpnia 2015 r. był gościem honorowym podczas uroczystej inauguracji tej kolei. Nie sposób też nie wspomnieć, że już w 1956 r. na łamach „Kontrastów” postulował utworzenie w Gdańsku uniwersytetu.

Poprzestanę na refleksji: dobrze, że ziemia kaszubska ma w sobie ów genius loci – tajemniczego ducha miejsca, który pozyskuje dla niej takich, walczących o zachowanie jej wyjątkowego oblicza ludzi, jak drëch Janusz.

EDMUND SZCZESIAK

 

 

Joomla Templates - by Joomlage.com