Rozmiar czcionki:

Chałupy welcome to

Zakorkowane drogi, wypełnione podróżnymi pociągi, brak miejsc w hotelach i pensjonatach oraz zaludnione po brzegi plaże, poprzedzielane kolorowymi parawanami. To obrazki z tegorocznego sezonu wakacyjnego na wybrzeżu, który z punktu widzenia turystyki można uznać za udany. Jak co roku jest jednak na co ponarzekać, oczywiście w nadziei, że za rok będzie lepiej.

Polskie wybrzeże bez wątpienia należy do najpiękniejszych w Europie. Różnorodność przyrody, bogate dziedzictwo kulturowe i historyczne czy możliwość uprawiania sportów wodnych na płytkich wodach Zatoki Puckiej sprawiają, że co roku przyjeżdżają tu tysiące turystów. Choć pogoda nie zawsze rozpieszcza, jednak nasze wybrzeże przyciąga jak magnes. W tym roku wypoczynek w tej części Bałtyku zastępował także wyjazdy w niepewne i niebezpieczne rejony południowej Europy czy północnej Afryki.
Kultura i obyczaje Polaków na urlopie to temat rzeka, tak więc nie będę tego tematu poruszał – poza jednym, może dwoma wątkami, ale to za chwilę. Inną istotną sprawą jest to, jak prezentują się miejscowości, które żyją z turystyki. Czy wystarczy usytuowanie w sąsiedztwie morza lub zatoki? Wielu lokalnych samorządowców chyba tak myśli, bo gdy turysta zaczyna szukać czegoś więcej niż wody i piasku, może po prostu się tego nie doszukać.

Słońce, parawan i toalety
Kapryśny pogodowo lipiec wprawdzie nie odstraszył turystów, jednak nie napawał optymizmem, gdy się myślało o drugiej części wakacji. Zazwyczaj chłodniejszy sierpień sprawił jednak wielką niespodziankę i przywitał urlopowiczów upałami. Utrzymujące się nad Polską oraz nad naszym województwem wysokie temperatury szkodziły niemal całej gospodarce, od energetyki po rolnictwo. Upały pozytywnie natomiast wpłynęły na turystykę. Miejscowości turystyczne Pomorza, zarówno na Mierzei Helskiej, jak i na zachód od niej pękały w szwach, a osoby niemogące znaleźć noclegu np. we Władysławowie musiały szukać dachu nad głową choćby w Pucku, który w tym sezonie w końcu nieco odżył turystycznie.
Nad polskim morzem można robić wiele rzeczy. Oczywiście najpopularniejsze jest opalanie się na piaszczystych plażach, których w naszym regionie akurat nie brakuje. Nieodłącznym tegorocznym atrybutem plażowicza był parawan. W domyśle mający ochraniać przed wiatrem, ochraniał jednocześnie przed „wścibskimi” sąsiadami. Przy okazji okazało się, że publiczne plaże można sobie po prostu zawłaszczyć. Wystarczyło wstać wcześnie rano i za pomocą parawanu bądź parawanów odgrodzić kilka lub kilkanaście metrów kwadratowych plaży na swój użytek. W ten sposób powstawały ogromne labirynty złożone z kolorowych tkanin, a parawaning wszedł na stałe do wakacyjnego kanonu.

Jednak nie cały dzień człowiek leży otoczony parawanem. Czasem trzeba z niego wyjść, np. do toalety. I z tym w niektórych miejscach może być kłopot. Lokalne samorządy chętnie bowiem dzierżawią teren na plaży obiektom gastronomicznym czy tzw. ogródkom piwnym. Natomiast nie dostrzegają innych podstawowych potrzeb plażowiczów, np. przebieralni czy pryszniców wciąż jest jak na lekarstwo na naszych plażach. Brakuje też toalet z prawdziwego zdarzenia, bo te małe, przenośne i lekko śmierdzące trudno za takowe uznać. O ile bez przebieralni i prysznica da się jakoś przeżyć, o tyle z potrzebą fizjologiczną jest już nieco trudniej. Ci ze wstrętem do toi toia chętnie korzystają z uroków okolicznych wydm lub lasów, co zdecydowanie nie wpływa na ich walory estetyczne i zapachowe. Trochę to dziwne, że turystyczne gminy na co dzień tak chętnie korzystające z unijnych dotacji nie mogą, nie potrafią lub nie chcą zainwestować w infrastrukturę plażową, która poprawiłaby komfort turystów.
Innym problem nadmorskich miejscowości jest uliczny handel, który sam w sobie nie jest zły. Jednak spacerując głównymi ulicami np. Władysławowa czy Jastarni, można się poczuć jak na odpuście. Niektórzy mogą nawet poczuć się, jakby spacerowali Krupówkami – co kilka metrów bowiem stoi stragan z oscypkami, a jak się dobrze poszuka, to i białego misia się znajdzie. Uogólniając, nad morzem można nabyć wszystko to, czego na co dzień nikt nie miałby ochoty kupić. Tematem na dłuższe rozważania jest hałas, nieład czy po prostu brud, jaki pozostawiają po sobie turyści.

Pociągiem czy samochodem?   
Podróż na Mierzeję Helską własnym autem w sezonie letnim może się zamienić w prawdziwy koszmar. W korku można stanąć już kilkadziesiąt kilometrów przed celem – na obwodnicy Trójmiasta. Dalej wcale nie jest lepiej, droga przez Rumię i Redę, a potem DW 216 rzadko kiedy bywa usłana różami... Co zapobiegliwsi wybierają skrót przez Kosakowo lub Mrzezino. Ale w Pucku i tak trzeba wjechać na wspomnianą DW 216, która ciągnie się aż do Helu. Z powrotami jest nie lepiej. Alternatywną możliwością mógłby być transport szynowy, koleje bowiem mają latem bogatą ofertę przewozową. Niestety pociągi na linii Gdynia – Hel nie mają dobrej opinii wśród pasażerów i nie chodzi wcale o stan techniczny podstawianych składów (linie zazwyczaj obsługują nowoczesne szynobusy). Powód? Według podróżnych przewoźnik podstawia za krótkie składy, stąd panujący tłok (szczególnie w weekendy).
Tu trzeba jednak stanąć w obronie kolei. Po pierwsze parametry części peronów nie pozwalają na podstawianie nieskończenie długich składów, po drugie wspomniany tłok (ale sztuczny) tworzą zazwyczaj sami pasażerowie. Z naszym podróżowaniem jest trochę jak ze wspomnianymi parawanami. Lubimy się odgradzać. W pociągu odgradzamy się walizkami, rowerami czy dziecięcymi wózkami. Widać to doskonale z perspektywy peronu, z którego naszym oczom ukazują się puste przestrzenie w środku składu, a gdy otwierają się drzwi, nie można wejść do pociągu, bo ludzie tłoczą się w przejściu. Te puste przestrzenie to właśnie stojące walizki, puste dziecięce wózki spacerowe (dzieci siedzą u rodziców na kolanach) czy rowery, których nie powinno być w przedziałach pasażerskich. A wystarczy walizki wsunąć pod siedzenia (szynobusy mają pustą przestrzeń pod siedzeniami) lub ułożyć na półkach. Podobnie z wózkami spacerowymi. Osobny temat to rowery. Z doświadczenia wiem, że w sezonie letnim najlepiej zaplanować trasę tak, żeby móc rowerem dojechać w docelowe miejsce i z niego móc wrócić na dwóch kołkach, ponieważ nawet wagony rowerowe często bywają zajęte przez zwykłych pasażerów.  

Nad morzem nie jest źle, ale…
Nad polskie morze i tak będę jeździł, bo z polskim wybrzeżem nie jest jeszcze tak źle, jak z Zakopanem, które w moim odczuciu już dawno utraciło swoją tożsamość, a pogoń za dudkami jest tam najważniejsza. Można by się jednak zastanowić – te słowa kieruje do lokalnych włodarzy – czy nie byłoby warto w sezonie letnim ucywilizować nadmorskie miejscowości. Jeśli chcemy konkurować z kurortami południowej Europy, to musi tu obowiązywać jakiś ład, musi funkcjonować odpowiednia infrastruktura plażowa. Nadmorskie kurorty muszą także oferować turyście jakieś atrakcje na wypadek kiepskiej pogody. Buda z zapiekankami czy ogródek piwny niekoniecznie zadowoli wszystkich wczasowiczów.

Sławomir Lewandowski

Artykuł ukazał się w "Pomeranii" nr 9/2015 w języku kaszubskim.

Joomla Templates - by Joomlage.com