Rozmiar czcionki:

Malarstwo kaszubsko-cepeliowe?

Namysł krytyczny nad sztukami plastycznymi ujmującymi w swych mediach Pomorze i Kaszuby jest dzisiaj bardzo skromny. Poza zdawkowymi notatkami o plenerach, wystawach czy galeriach sztuki trudno odnaleźć większe omówienia czy charakterystyki dotyczące malarstwa, grafiki czy rzeźby, które by były opublikowane w regionalnych czasopismach lub lokalnych wydaniach ogólnopolskich gazet. Pojawiają się oczywiście takiej treści artykuły w fachowej lub akademickiej literaturze, lecz można odnieść wrażenie, że to głosy wysoko wyspecjalizowane, niedocierające do szerszego grona odbiorców. Tym bardziej ważny wydaje mi się namysł nad kondycją współczesnego malarstwa czy grafiki, które istnieją dzięki twórcom mieszkającym na Pomorzu lub mieszkającym poza nim, lecz wykorzystującym pomorskie tematy. Do takich rozważań skłania wydana w 2013 roku przez Gminę Wejherowo i Bibliotekę Publiczną Gminy Wejherowo im. A. Labudy w Bolszewie książka Janiny Borchmann pt. Inspiracje malarskie literaturą kaszubską.

Praca zawiera malarską i tekstową dokumentację sześciu plenerów malarskich, które dotyczyły wybranych aspektów literatury kaszubskiej. Łącznie zgromadzono tutaj 148 zdjęć poplenerowych obrazów, które powstały jako plastyczna reakcja na powieść Aleksandra Majkowskiego Żëcé i przigòdë Remùsa, zestaw opowiastek Aleksandra Labudy o słowiańsko-kaszubskich duchach i bóstwach czy powieść Augustyna Necla Krwawy sztorm. Oprócz tych utworów malarze mieli się inspirować kaszubską poezją religijną zgromadzoną w tomie Ewanielskô spiéwa, powieścią Jana Drzeżdżona Twarz Smętka i felietonami Aleksandra Labudy z cyklu Gùczów Mack gôdô. Jak widać z tego zestawienia, wybór literatury będącej podstawą do pracy malarzy był formą kompromisu pomiędzy kaszubską klasyką a chęcią docenienia patrona bolszewskiej biblioteki.

Inspiracje malarskie literaturą kaszubską zawierają wprowadzenie autorstwa Janiny Borchmann, które jest rodzajem sprawozdania ze zrealizowanych imprez kulturalnych. Ów opis, informując o decyzji organizowania plenerów, nie precyzuje, z jakimi zadaniami i problemami artystycznymi zmagali się zaproszeni uczestnicy. O przedstawienie takich informacji bardziej zadbał Maciej Tamkun – komisarz artystyczny spotkań twórców – który wiele powstałych wówczas obrazów omówił w swoim komentarzu. Szkoda tylko, że z owych informacji nie wyłaniają się problemy dotyczące rozumienia sztuki, a raczej intuicje interpretacyjne dotyczące znaczeń utworów literackich lub patetyczno-emocjonalne opisy prac przyjaciół i znajomych. Oczywiście wyznania naznaczone uczuciowością nie są niczym nagannym, jednakże od komisarza artystycznego można oczekiwać bardziej merytorycznego zdania w stosunku do powstających prac bardzo różnych w końcu malarzy. Czasami elementy opisu merytorycznego się pojawiają, lecz sformułowane są w przedziwnym języku naśladującym dyskurs historii sztuki. Piszę „naśladującym”, ponieważ zawarte w komentarzu terminy w zestawieniu z konkretną pracą nie są zasadne, a wywołują efekt „mądrze” brzmiących fraz użytych wobec kompozycji, które tak wielkich ambicji, jak się widzowi wmawia, nie miały. Co bowiem było we wszystkich plenerach rzeczywistym zadaniem artystycznym? Czy jak zapewniają pomysłodawcy spotkań, inspiracje malarskie literaturą kaszubską, czy też raczej ilustracje malarskie? Z opublikowanego materiału wynika, że to drugie. To ważna sprawa, bynajmniej nie terminologiczna, a komunikacyjno-metodologiczna i tym samym treściowa. Otóż bowiem, jeśli prace malarskie miały być rzeczywiście inspiracją, to przecież zgodnie ze znaczeniem słowa ich autorzy nie musieli się tak kurczowo trzymać pierwowzorów tekstowych, nie musieli tak natrętnie przedstawiać postaci i scen literatury, a mogli sobie wobec nich pozwolić na twórczą zdradę…

Widać takie samoograniczające się podejście choćby wśród poplenerowych prac poświęconych Remusowi, kiedy to na jednym z obrazów Macieja Tamkuna widzimy bohatera powieści w modlitwie przed stacją Kalwarii Wejherowskiej. Na obrazie z ciekawą kompozycją i ciepłą kolorystyką pojawia się wszakże drobiazg, który obniża jego wartość. To krzyżyk wystający z różańca modlącej się postaci. W malarstwie inspirowanym literaturą ów element nie jest potrzebny, wszak już widnieje na pracy tyle elementów religijnych, że nie ma wątpliwości, o wywołanie jakiego nastroju chodzi. Ten obraz jest wszakże nie inspiracją, a ilustracją, dlatego malarz nie powstrzymał się przed chęcią dobitnego pouczenia widza, iż oto Remus bez wątpienia się modli.

Z podobną tendencją do porzucania inspiracji na rzecz ilustracji spotykamy się w przypadku pleneru poświęconego bóstwom i duchom zapisanym przez Aleksandra Labudę. Oto w pracy przedstawiającej Swarożyca trudno powiedzieć, co jest inspiracją, a co naiwną chęcią zmieszczenia wszelkich elementów narracji o prasłowiańskim bogu. Widzimy zatem atletycznego mężczyznę, z rogatym hełmem na głowie, fantastycznie stylizowanym toporem i specyficznie wypukłą tarczą. Ale abyśmy nie mieli wątpliwości, że to postać boga, nie zaś niebieskookiego Wikinga – bywalcy starożytnych siłowni, obok pojawia się wilk stojący na kamiennym postumencie, za którym lśni krwawe słońce. Z obawy przed nieporozumieniem malarz, traktując widza jak dziecko, dokłada jeszcze do obrazu sokoła (raroga) trzymającego w szponach rybę, co ma uświadomić odbiorcy, że to bóstwo pomorskie. Łącznie robi to wrażenie malunku nastoletniego wyznawcy kultów rodzimowierczych. Piszę nastoletniego, ponieważ pełnoletni nie namalowałby napisu Deum Swarożyc Sequere na płycie, na której stoi wilk. Nie zrobiłby tego, ponieważ dobrze wie, iż kult Swarożyca nie był wyrażany w łacinie, lecz w językach słowiańskich. Poza tym cóż to za stylizacja na łacinę, skoro imię boga napisane jest w polskim alfabecie z dobitnie słowiańską literą „Ż”?

Ilustracyjnych technik jest w zebranych obrazach omawianej tutaj książki wiele i szkoda, że nie zostało to we wstępach do niej wyraźnie skomentowane. Gdyby się tak stało, nie zmagalibyśmy się z poczuciem estetycznego dyskomfortu, iż obcujemy z malarstwem dla ubogich w wiedzę wszelaką, których ciągle trzeba łopatologicznie uczyć, co mają zobaczyć na obrazach, czy też jaki jest charakter przedstawionej w kompozycji postaci.

Dydaktyki i konwencji malarstwa odświętnego przezornie nie komentują umieszczone na końcu książki quasi-recenzje Tadeusza Linknera i Zbigniewa Zielonki, ponieważ o ideach i technikach publikowanych obrazów właściwie milczą, wybijając na plan pierwszy cenny fakt organizowania plenerów. Rzeczywiście trzeba podkreślić, że zapewnienie możliwości spotykania się np. malarzy, aby ilustrować literaturę, to cenna inicjatywa, która integruje środowisko twórców i propaguje pośrednio samą literaturę kaszubską. Czy jednak zestawianie obok siebie malarza profesjonalnego z amatorem jest zasadne? Czy pokazywanie niejako na jednym poziomie obrazów nastoletniego chłopca z twórcą sześćdziesięcioletnim przynosi pozytywny efekt? Raczej nie i nie chodzi tutaj o żadne uwarunkowania prywatne czy towarzyskie… Co bowiem łączy w poplenerowych pracach powstałych dzięki np. Krwawemu sztormowi Necla technikę malarstwa naiwnego i próby malarstwa rodzajowego? Samo powiązanie ze światem powieści tutaj nie wystarcza, jeśli układa się tuż obok tak skrajnie odmienne efekty artystyczne. Jest to szkodliwe zarówno dla dobrze namalowanej pracy, jak i dla tej chybionej. Dla pierwszej, ponieważ nie zostanie właściwie doceniony wysiłek wykonawcy, dla drugiej, ponieważ nie zostaną dostrzeżone popełnione błędy.

Biorąc do ręki publikację, pod którą podpisała się Janina Borchmann, można doświadczyć ambiwalentnych uczuć wobec kondycji współczesnego malarstwa, które się poczuwa do podjęcia tematu pomorskiego i kaszubskiego. Raczej nie odnajdziemy tutaj propozycji w stylu czy technikach, jakie proponowali swego czasu Marian Mokwa, Krystyna Górska, Ryszard Stryjec czy Stanisław Żukowski. Uczestnicy plenerów pozostawili po sobie prace, których tematy nieco im narzucono, i odbiło się to w ujęciu modelu, w doborze elementów przestrzeni, nawet w technice wykonania. Zabrakło tutaj świadomości, że przed nimi tego typu tematyki próbowali już inni i warto skorzystać z wcześniejszych osiągnięć…

Bardzo silnym składnikiem wielu zgromadzonych w quasi-albumie Borchmann prac jest kaszubskość. Oczywiście w prostej linii wynika ona z kaszubskojęzycznego wzorca literackiego, ale w obrazach poplenerowych istnieje ona też w innym wymiarze. Kiedy na przykład oglądamy efekty pleneru poświęconego poezji religijnej Aleksandra Labudy, zastanawia tendencja do umieszczania elementów kaszubskich w malowanych scenach. Jeśli zatem syn marnotrawny powraca do ojca, to ten ubrany jest w kaszubski strój ludowy, jeśli następuje zesłanie Ducha Świętego, to oprócz apostołów odnajdziemy na płótnie grupę Kaszubów w rozpoznawalnych ubiorach, jeśli Jezus rozmawia z Samarytanką, to dziewczyna przedstawiona zostaje jako Kaszubka. Z jednej strony można takie zabiegi uznać za ciekawe nawiązanie dialogu z tradycyjną ikonografią chrześcijańską. Byłoby to przecież ożywienie skostniałych ujęć, naznaczenie regionalną emocją tematu uniwersalnego. Z drugiej jednak strony niektórzy chrześcijanie mogliby się poczuć zdziwieni faktem, że ustanowienie Eucharystii odbywa się w karczmie, w której apostołami są mężczyźni w kaszubskich strojach ludowych, a obok drzwi wejściowych, oparte o ścianę, widnieją diabelskie skrzypce. Ludowy instrument perkusyjny obok ustanowienia Eucharystii – nastrój jak najbardziej podniosły… Tylko czekać, że po przedstawionym na obrazie geście Jezusa dzielenia chlebem ktoś sięgnie po tabakierę, która czeka już na blacie stołu na użycie. Dzieje się tak, gdyż malarz jest święcie przekonany, że tajemnica Przemienienia musi być przypieczętowana zażyciem tabaki. Jeśliby tak rozumianej religijności kaszubskiej ktoś jeszcze nie dostrzegał i nie doceniał, to można mu polecić przedstawiający rannego Chrystusa obraz, który powstał w ramach plenerowych spotkań z Twarzą Smętka Jana Drzeżdżona. Otóż ranny i cierpiący Jezus swą nagość przykrywa… kaszubską flagą. Czymże bowiem według malarza mógłby się zasłonić? Czy ktokolwiek ma czelność zaprzeczyć, że tylko kaszubskim symbolem tożsamościowym? Jak z przywołanych prac wynika, wyrósł w kulturze kaszubskiej jedynie słuszny przewodnik tożsamościowy, który nawet symbole religijne wykorzystuje w budowaniu dumy „narodowej”.

Połączenie słowa i obrazu, jakie zaprezentowano w Inspiracjach malarskich literaturą kaszubską, nastąpiło na różnych poziomach. Najgłębsze odbyło się być może w sercach i umysłach uczestników plenerów organizowanych z inicjatywy bolszewskiej biblioteki publicznej. Niestety nie zawsze przekładało się to na efekty plastyczne w postaci obrazów, wśród których pojawiło się niewiele kompozycji dojrzałych, świadczących o warsztacie lub choćby ciekawym pomyśle. Częściej wybrano drogę ilustratorstwa, na której autorzy nie potrafili się wyzwolić od literackiego wzorca. Najbardziej rozczarowującymi pracami są te, w których panuje przekonanie, że temat kaszubski należy podać przedszkolnie, stereotypowo, patetycznie i dydaktycznie. Kaszubskość wygląda na takich obrazach, jakby była tematem malarstwa dla odbiorców niemających pojęcia o sztuce, skrajnie naiwnych. Jakby była twórczością odpustową i nieprofesjonalną… Albo jakby była towarem kultury ludowej, którą każdemu można wcisnąć jako prezent, bo to „takie kaszubskie”… Tymczasem – jeśliby ktoś jeszcze tego nie wiedział – czasy cepelii już się skończyły…

 

Daniel Kalinowski

 

Janina Borchmann, Inspiracje malarskie literaturą kaszubską, Gminę Wejherowo i Biblioteka Publiczna Gminy Wejherowo im. A. Labudy w Bolszewie, Wejherowo 2013.

Joomla Templates - by Joomlage.com