Rozmiar czcionki:

Nr 9/2017
Nie mamy już lasu

pomerania_marzec_2017

 

Od Redaktora

Katastrofa, rozpacz, strata, ból. Wiele słów ciśnie się na usta na myśl o nawałnicy, jaka przeszła w nocy z 11 na 12 sierpnia przez Kaszuby i Bory Tucholskie, gdzie spowodowała największe szkody, w dodatku przyczyniając się do śmierci pięciu osób. Przekazy telewizyjne i zdjęcia w codziennej prasie pokazują spustoszenie, jakie kataklizm poczynił w pomorskich lasach. Ukazują także rozpacz ludzi, których pozbawił on często całego dobytku. Jednak nawet najdoskonalsze technicznie zdjęcie i najlepiej przygotowany materiał filmowy nie są w stanie oddać tego, co czują dzisiaj mieszkańcy terenów, przez które przetoczyła się nawałnica. Nawet ci, których szczęśliwie ominął pogodowy armagedon, od kilku tygodni czują wielką pustkę, wspominając choćby las jeszcze nie tak dawno rosnący po sąsiedzku, a po którym dziś pozostały już tylko wspomnienia i hektary połamanych jak zapałki lub powalonych z korzeniami drzew. Okolice Sulęczyna, Lipusza, Brus czy Rytla, to tylko niektóre z miejsc, gdzie można zobaczyć ogrom zniszczeń. We wrześniowej „Pomeranii” wracamy do tragicznych wydarzeń z sierpnia. Maya Gielniak i Tatiana Slowi (na stronach 3–8) opisują przejście nawałnicy oraz walkę z jej skutkami, które niestety w przypadku lasów potrwają jeszcze długie lata.   

 

 

3. Kaszubski „Armagedon”


Piątek, 11 sierpnia 2017 r.

Leśniczówka na Kaszubach

godz. 6

Piękny słoneczny poranek. Ciepło, sielankowo, bezchmurnie. Zapowiada się upalny dzień.

godz. 18

Upał nie odpuszcza, cały czas gorąco, jak w środku dnia. Powietrze gęste. Drzewa nieruchome, nawet listek nie drgnie. Chyba wreszcie będzie burza. Od dawna wisi w powietrzu. Warto się wykąpać, napełnić wiadra wodą, tak na wszelki wypadek. Zwykle po burzy urywa prąd. W leśniczówkach to normalne. A gdy nie ma prądu – nie ma wody. Dlatego w piwnicy stoi zawsze 50 pięciolitrowych napełnionych wodą plastikowych butli. Ale nie zawadzi jeszcze wiadra napełnić.

godz. 21

Wciąż gorąco. Siadamy przed leśniczówką i obserwujemy niebo. Chmury idą z południa? Dziwne. Zazwyczaj burze przychodziły z zachodu. Może nie będzie tak źle. Cisza. Nie ma wiatru.

godz. 22.30

Zaczyna błyskać... jakoś dziwnie... jakby tysiące spawaczy jednocześnie spawało. Jasno, ale grzmotów nie słychać, tylko buczenie? Pomruki? Rozpalone powietrze stoi, robi się coraz cieplej. Wręcz gorąco. Drzewa znieruchomiały. Niebo jak lampa stroboskopowa. Od ciągłych błysków zaczynają boleć oczy i głowa. A może to efekt nienormalnego ciśnienia? Potężny, suchy trzask! Zerwaliśmy się jak oparzeni. Ktoś pobiegł zamykać drzwi do garażu, ktoś przestawić auto daleko od drzew. Szybko! Do domu! Urwało prąd. W domu ciemniej niż na zewnątrz. Stroboskopowy blask ponuro oświetla wszystko. Niebo szaleje. Co tam się dzieje!!? Wbiegamy do werandy. Za nami wali ściana wody! Do tego pojawia się koszmarne wycie! Niebo upiornie świeci, woda leci poziomo raz w lewo, raz w prawo, zmienia kierunek, wali po oczach! Nie widać nic poza srebrzysto-szarą masą! Wiatr wpycha wodę do domu. Zamykamy drzwi. Woda wdziera się przez półprzymknięte okna. Zamykamy je, siłując się z wiatrem. Już coś widać. Niebo białe. Ściana lasu czarna. Ciągłe błyski. Rumor. Jednostajny grzmot, jakby nad lasem krążyło kilka bombowców. Drzewa przyginają się do ziemi. Wstają. Przyginają się. Przed oknem przelatuje gałąź. Zaraz za nią następna. I ogromny 3-metrowy konar. Gałęzie 100-letniego jawora walą w dach, szorują, łamią się. Jak się przewróci, to po nas! Czy tak wygląda koniec świata? Wycie wiatru, huk, rzeka na ziemi, rzeka w powietrzu, latające drzewa, oszalałe niebo. Sceneria jak w filmie „Pojutrze”: za chwilę zassie się mroźne powietrze i będziemy nie tylko świadkami, ale i pierwszymi ofiarami kolejnego zlodowacenia?

Odmawiamy różaniec. Czas stoi w miejscu. W końcu wycie wiatru zaczyna się wyciszać. Ostrożnie wyglądamy przed dom. Ciemno. W świetle latarek widzimy tylko, że lipa leży, a poza tym chyba... jest ok?

– Podejrzewam, że będą jakieś straty w lesie... Zobaczę rano – mówi mąż.


6.Trzeba zrobić tak, żeby sąsiad miał dach nad głową

„Nasz szok powoli mija, ale ludzie, którzy nas pamiętają sprzed nawałnicy, nie wrócą już w to samo miejsce, nie wrócą już do tych pięknych kaszubskich lasów, parków, drzew” – słyszę od wójta Sulęczyna. Mówi „nas”, mając na myśli „nasze miejsce/ naszą krainę/ nasze Kaszuby”. Bo Kaszubi są do swojego miejsca przywiązani, krajobraz widziany za oknem jest silnym elementem naszej tożsamości. Burza i wichura, która przeszła nad Pomorzem w nocy z 11 na 12 sierpnia, wiele zmieniła nie tylko w kaszubskim krajobrazie, ale też w kaszubskiej duszy

Nic takiego nie pamiętamy

W okolicach Gdańska nie widać śladów burzy. Siła nawałnicy widoczna jest dopiero, gdy wyjeżdżam „za Kościerzynę” i „za Kartuzy”. Jadę w swoje rodzinne strony – okolice Sulęczyna, by się upewnić, że wszystko w porządku. Jest poniedziałek rano, a w Klukowej Hucie i Sulęczynie wciąż nie ma prądu. W wielu miejscach ruch na drodze odbywa się jednym pasem. Koleżanka z okolic Stężycy cieszy się, bo jej wybiło „tylko” okno kuchenne. Trafił w nie kawał blachy zerwanej z dachu sąsiadów. To według niej małe straty i nie będzie się żalić, bo inni zasługują na więcej uwagi. „Mogło być gorzej” – usłyszę jeszcze nie raz, i to w o wiele gorszych przypadkach.
Prezes sulęczyńskiej OSP Robert Roda tuż przed wyjazdem na kolejną akcję mówi mi:
– Bogu dzięki, że burza przyszła w nocy. W lesie nie było grzybiarzy, spacerowiczów, biegaczy, a na drogach był mały ruch. Na kilkukilometrowym odcinku drogi z Klukowej Huty do Sulęczyna co kilka metrów leżały drzewa. To cud, że nikt nie zginął. Mieliśmy dwoje rannych, do których musieliśmy dostać się przez wodę, tak było najszybciej. Najpierw jednak z motorówką musieliśmy przedrzeć się przez las. Pół kilometra nieśliśmy ją na barkach, ale udało się. Dziewczynka uwięziona w przyczepie – jej nogi przygniotło drzewo – miała łzy szczęścia w oczach, kiedy nas zobaczyła.
– Dostaliście jakieś alerty pogodowe – pytam strażaków.
– Tak, wiedzieliśmy że około północy będzie burza, ale nikt nie spodziewał się czegoś takiego – powiedział mój rozmówca
Spotkani przez mnie w podparchowskim Frydrychowie letnicy mówią, że burza najpierw wzbudziła zaciekawienie, dopiero potem strach
– Graliśmy w karty i podziwialiśmy wyładowania. Nie były to takie typowe pioruny. I kiedy tak staliśmy, w ciągu minuty rozszalała się wichura, której nikt się nie spodziewał. W naszej sypialni na piętrze „położyło się” drzewo. Dobrze, że byliśmy na dole – dodają.

 

9. Pierwszy dzwonek po reformie

Rozpoczął się nowy rok szkolny. Dla wielu z nas to czas wyjątkowy, bo tegoroczny 1 września zapoczątkował zmiany, które odczują nie tylko uczniowie i nauczyciele, ale także samorządy –odpowiedzialne za zapewnienie finansów na funkcjonowanie szkół.

Na mocy dwóch ustaw: Prawo oświatowe i Przepisy wprowadzające Prawo Oświatowe 6-letnie szkoły podstawowe przekształciły się w 8-letnie, 3-letnie licea ogólnokształcące stały się szkołami 4-letnimi, a 4-letnie technika – 5-letnimi. Docelowa struktura szkolnictwa będzie obejmowała również 3-letnią branżową szkołę I stopnia, 3-letnią szkołę specjalną przysposabiającą do pracy, 2-letnią branżową szkołę II stopnia oraz szkołę policealną.

Reforma edukacji to głównie rozwiązania już znane, z okresu PRL i wczesnych lat III RP, choć jak można przeczytać na stronach MEN: „Reforma wychodzi naprzeciw oczekiwaniom większości Polaków, którzy chcą szkoły nowoczesnej, a jednocześnie silnie zakorzenionej w naszej tradycji”.Autorzy zapewniają ponadto, że wprowadzane zmiany są przemyślane i zaplanowane na wiele lat, a każdy uczeń bez względu na to, skąd pochodzi oraz jaki jest status materialny jego rodziców, otrzyma edukację na wysokim poziomie, w nowoczesnej szkole.

Tymczasem, zanim jeszcze wybrzmiał pierwszy dzwonek w „zreformowanej szkole”, zmiana dała się we znaki samorządowcom, którzy niemal jednogłośnie uskarżali się na tempo, w jakim muszą zrealizować wynikające z niej zobowiązania. Kolejną sprawą jest odpowiedzialność za skutki reformy, która spada na władze lokalne. Z problemów z niedopracowaną reformą muszą się tłumaczyć lokalni włodarze, którzy najlepiej jak mogli, przygotowali szkoły na powrót dzieci z wakacji.


10. Z Januszem Mosakowskim, tłumaczem i współredaktorem książki Mój ojciec, kupiec, rozmawia Sławomir Lewandowski

 

Mój ojciec, kupiecto książka, która nie tylko opowiada o rodzinie Trojanów, to także wędrówka po XIX- i XX-wiecznym Gdańsku. Czytelnik otrzymuje opis autentycznych miejsc, ludzi, wydarzeń. To skarbnica wiedzy dla miłośników historii.

Książka opowiada głównie o Gdańsku dziewiętnastowiecznym. Odkrywa przed czytelnikiem rozmaite lokalne smaczki, ukazuje specyfikę miasta i problemy jego mieszkańców, co ważne, przygląda się mu „od dołu”. Dzieje się to z perspektywy prywatnej, oczami syna, który co prawda opowiada o swym ojcu, rodzinie i sobie samym, równocześnie jednak opowiada o ukochanym mieście rodzinnym, jego magicznych, ale też i bardzo zwyczajnych dzielnicach czy zakątkach, jego codzienności i obyczajowości, a co najważniejsze o zwykłych ludziach. Na książkę składają się wyselekcjonowane teksty opublikowane pierwotnie w trzech różnych zbiorach opowiadań. Łączy je, mam nadzieję spójnie, wspomnieniowy ton i oczywiście tematyka gdańska.

Karl Gottfried Trojan i jego syn Johannes to postacie silnie związane z Gdańskiem, a mimo to nieznane szerzej współczesnym gdańszczanom.

Ojciec pisarza Karl Gottfried dzięki własnej pracowitości i współpracy z warszawskim domem handlowym Tomasza i Henryka Łubieńskich dorobił się swego czasu fortuny, którą później pochłonęło bankructwo firmy. Piastował rozmaite urzędy, m.in. członka a potem przewodniczącego rady miasta, posła do niższej izby pruskiego parlamentu, pod koniec życia był zamożnym liczmanem portowym, a w 1858 roku został członkiem delegacji gdańskiej w Berlinie. Oznacza to, że w Gdańsku pierwszej połowy XIX wieku był osobą poważaną. Jego syn, tak jak wielu młodych gdańszczan przed nim, opuścił swe rodzinne miasto po maturze, by studiować, początkowo medycynę, a potem germanistykę. Koleje losu zawiodły go do Berlina, gdzie związał się na prawie pięćdziesiąt lat z tygodnikiem satyrycznym „Kladderadatsch”. Opublikował w nim tysiące wierszy i szkiców, udzielał się publicystycznie i politycznie. Wydał około trzydziestu książek, jednak największą popularnością cieszyły się jego Scherzgedichte, czyli żartobliwe wiersze. O Gdańsku zaczął pisywać więcej dopiero w latach 90. XIX wieku. Władze miasta były dumne ze swego wielkiego syna, odsłonięto tablicę pamiątkową przy rodzinnym domu na ówczesnej ulicy Psiej (dziś Ogarna), z kolei on sam stał się patronem innej (dziś Seredyńskiego). Dzisiejszą Przeróbkę, czyli dawne Troyl, nazwano tuż po wojnie, z tajemniczych powodów, Trojan. Być może było to echo dawnej działalności handlowej Karla Gottfrieda, którego syna Johannesa w 1958 roku pewien publicysta „Dziennika Bałtyckiego” nazwał w niewybredny sposób „gdańskim polakożercą i junkrem”.

 

12. Aleksandrą pò Zëławach

Ji miono je Aleksandra. Chòc pòmalëcznô, ale statecznô. Pò wòdach Szkarpawëi Wisłëbùszno z nama jedze, z najim karenkã kaszëbsczich gazétników, co òczarzony jesmë pësznyma Zëławama.

Zëławë, jak czëtómë w słowôrzu ks. Bernata Zëchtë, to: 1. ‘żuława’ Rówizna jak na zëławach. Gduńsczé Zëławë – ‘Żuławy Wiślane’. Jachac na zôróbk na Zëławë. 2. złośl. ‘tereny piaszczyste’. Na Gôchach są zuławë (pd).

Wszëtkò sã zgôdzô – na Zëławach rówizna je, ò nym zôróbkù téż prôwda – doch naju przódkòwie z Kaszëbsczi czãsto w ne stronë jezdzëlë, bë so kąsk dëtka przëzarobic. Dzywné je równak no drëdżé znaczenié ‘tereny piaszczyste’. Pewno Pioter Dzekanowsczi z Bëtowa, skąd niedalek do Gôchów, bë nama wëdolmacził, czë pò prôwdze tak kòl nich sã gôdô. Równak Pioter z nama nie jedze – kò cëż, jegò strata!


14. W rodny chëczi artistë

Baro bòkadny je latosy kalãdôrz wëdarzeniów sparłãczonëch z patronã rokù Józefã Chełmòwsczim. Jedno z nôwôżniészich òdbëło sã 8 lëpińca w Brusach, dwa dni pò czwiôrti roczëznie smiercë tegò widzałégò kaszëbsczégò ùtwórcë.

Ùroczëstosc òstała pòzwónô„W rodzinnym domu Józefa Chełmowskiego”. Zaczãła sã òd mszë swiãti z kaszëbską liturgią słowa w intencji latoségò patrona. Kòncelebrã prowadzył ks. dr Wiesłôw Szuca, pòchôdający z Brus wielelatny król Klubù Sztudérów Kaszëbów w Pelplënie.

Westrzód gòscy bëło wiele przedstôwców samòrządowëch wëszëznów, mùzeòwników z pòmòrsczégò i kùjawskò-pòmòrsczégò wòjewództwa, przédników rozmajitëch institucjów kùlturë z Pòmòrzô, lëdowëch ùtwórców, drëchów artistë. Kaszëbskò-Pòmòrsczé Zrzeszenié reprezentowelë przedstôwcowie wiele partów, a w miono Òglowégò Zarządu brała ùdzél w tim wëdarzenim wiceprzédniczka KPZ Danuta Pioch. Béł téż wiceprzédnik Stanisłôw Kòbùs, chtëren wespół z brusczim òddzélã Zrzeszeniô i wëszëznama gminë Brusë (z bùrméstrã Witoldã Òssowsczim) wespółòrganizowôł ùroczëznë. Hònornyma wespółgòspòdarzama bëlë téż nôleżnicë familie Chełmòwsczégò – jegò białka Jadwiga i córka Éwa Rudnik razã ze swòją rodzëzną.


14. Listy

16. Krakòwiónka, co sã Kaszëbką stała

Skòpicą je môlów na Kaszëbach, w chtërnëch wëpòcziwają turiscë. Nie jinaczi je téż w bëtowsczim krézu. Le tak wiérnëch jak òna mòże nama pòzazdroscëc. A trafiła tu bez przetrôfk.

Wejle tuwò béł dómk, w jaczim czedës jem mieszkała. Terô òstała le pò nim sztrómòwô kasta. Tam jem ùczała mòją córkã płëwac – gôdô Iréna Bałuckô z Krakòwa, chtërna òd 40 lat przëjeżdżiwô na Kaszëbë. Pò łupawsczim Òstrzódkù „Wrzos” òprowôdzô nas wnetka jak pò swòji chëczë. Nick w tim nadzwëkòwégò, tec mieszkała tu czilenôsce lat. Zarôzka, pòmalinkù. Mùszimë rzec wszëtkò òd zaczątkù – kąsk stëdzy i wstrzimùje nasze pòstãpné pëtania.

Westrzód chòjnowégò lasu, przë szemarzenim drzéwiãtów czas jakbë sã zatrzimôł. Lëdze są, a zdôwô sã, że jich ni ma. Swiat je, le ni ma przëstãpù do tegò placu. Wszëtkò wënëkôł wiater chòjnowima wietwiama. Sedząc na przeddómkù, wnetka jesma zabëlë ò naji gòspòdëni. Na snëje swòjã òpòwiésc. Dajemë sã pòrwac ji energiczny gôdce.

 

18. Më szlë dërch piechti za frontã

Bronisława Karczewskô z Kartuz ùrodza sã w rodzënie Wantów 19 séwnika 1931 rokù i wëchòwa w Skòrzewie kòl Kòscérznë. Bëła nôstarszô z dzewiãc rodzeństwa, dzecy Léòszë (pòl. Leokadii) z Gruchałów i Antoniégò. Ji òjc nie pòdpisôł niemiecczi lëstë. W nastãpstwie tegò całô rodzëzna òsta wëwiozłô do niemiecczégò lagru przesedleńczégò w Pòtulicach kòle Bëdgòszczë. Bronisława Karczewskô ùmarła pò cãżczi chòroscë 14 zélnika 2017 rokù.

Jak wë pamiãtôce wëwózkã do lagru w Pòtulicach?

Nicht nie mëslôł ò taczim, że bãdzemë mùszelë òpùscëc nasze chëcze. Më mieszkelë w Skòrzewie. Pò sąsedzkù mieszkôł Miemc Róbert Wieler. Òn béł dobri. Òstrzégôł nas. Gôdôł, że Miemcë chcą wëważac Kaszëbów do lagru, ale òn téż nie wiedzôł, czedë òni przińdą. To sã stało w nocë, 6 lëstopadnika 1944 rokù. Më wszëtcë spelë, a òni prelë na dwiérze. Nen jeden szandara miôł lëstã, wëczëtôł miona całi rodzënë. Delë nama dwadzesce minut na spakòwanié. Tëli, co mëma zdążëła złapac, tëli më mielë. To béł jeden płacz. Nas bëło tej sédem dzecy, mëma, tata i starka. Nômłodszô sostra, Truda, mia le trzë miesądze. Starczi Annë nie bëło na lësce. Ale òna ùczëła nen płacz, wëszła ze swòji jizbë i tej ten Miemc kôzôł ji sã téż òblakac. Sąsôdka Paszilkòwô chca wząc nômłodszą Trudã, ale ti Miemcë sã dorechòwelë, że ji ni ma, i tej mëma mùsza jã òdebrac nazôd. Jinszi sąsôd Michôł Részka, to béł młodi knôp, òstôł téż przebùdzony i jemù kôzelë zaprząc kònie i zawiezc nas na banã do Kòscérznë.

20. Na jôrmarkach…

Jôrmarczi są rozmajité. Nie róbtaże taczégò jôrmarkù – napòminô sã czasã kògò nipòcégò. Równak nie ò taczé jôrmarczi mie jidze, chòc na rzeklëna je baro pasownô do klimë, jakô je na tôrgach, jôrmarkach, a òsoblëwie tëch, jaczé mają wëznaczoné dnie w najich miastach i wsach. Nôchãtni i z pòtrzebë kùpieniô jestkù abò jaczégò tónégò òbleczënkù dlô domôków są tam białczi. Chłopi na ògle szëkają jinëch zachów.

Ò nëch dôwnëch jôrmarkach jidze sã wiele dowiedzec, czëtającë kaszëbską lëteraturã. Sygnie zazdrzec do wspòminków Bòlesława Jażdżewsczégò, np. do jegò òpòwiescë „Wicãti jidze na jôrmark” w zbiorze Jôrmark w Bòrzëszkach(2003). Ò samim jôrmarkù je tu mòże niewiele, bò leno „Jakòs żesmë sã dopchelë na òstatkù do tëch Bòrzëszków. A tam jôrmark. Wa wiéta, jak to wëzdrzi – tak samò jak u nas, w Lëpùszu. Ruch, tłok lëdztwa, zgwôr, bleczenié òwców, bëdła, kwikanié swiń, rżenié kòni. Tam jesmë sã rozeszlë z Pawłã, bò òn mùszôł dbac ò swój geszeft, a jô ò swój. Paweł mie żëcził, żebëm so wëbrôł dobrą krowã, co bądze dôwała wiele mléka. A jô mù żëcził, żebë jak nôprãdzy sprzedôł te dëfle a jachôł do swòjich dzôtków i Anuszczi”. Nalézemë tu téż òbsądë ò jôrmarkach i przëczinã jich wëbiérkù: „Do Brus – mëszlã so – ni ma co jic, bò tam zemie są lepszé, to i bëdło drogszé. A w tëch Bòrkòwianach, tam są sami szachrarze… I tej jô so ùdbôł jic w te zabité délama Gôchë. Tam zemie są letczé, bëdełkò terô, na spòzymkù je biédné, to i mòże tóńszé”. Nôcekawszé je w ti òpòwiescë prawie no „dopichanié” sã na jôrmark w czasach młodoscë Bòlesława – ùsôdzcë dokazu. To bëła całô wëprawa, jak w baro daleką turã. Wicãti szedł piechti, òbrôł drogã na Rozstanié do Trôwic. Pòzdze bëło Skòszewò. Pòtikôł òb drogã lëdzy jadącëch kòłã abò taczich, co pòdwiezlë gò wòzã. Trôfiôł na pòdwòrza, skądka zgódno z kaszëbską gòscënnoscą nie wëchôdôł bez jedzeniô.


23. Diversity Festival 2017

Dze mòże bëc lepszi plac, żebë promòwac rozmajitosc, tolerancjã i wòlnotã niżle we Gduńskù?! Tuwò prawie nasze Karno Sztudérów „Pòmòraniô” razã z òrganizacją Youth of European Nationalities zòrganizowało trzecą edicjã Diversity Festival pòd hasłã „Celebrating Pluralism” (Swiãtowanié Rozmajitoscë).

Midzë 6 a 13 zélnikã w festiwalu brało ùdzél jaż 50 nôleżników z 15 krajów i 18 mniészosców. Bez całi tidzéń warkòwniów przërëchtowiwelë sã do pòkôzaniô brzadu swòji robòtë òbczas wiôldżégò finału. Jaż do 12 zélnika nawetka pòmòrańcë w nôpiãcym żdelë na to, co òbôczą na Hélu...

Równak przed finałã bëło i òdemkniãcé. 7 zélnika gòscëlësmë w Òkrãgłi Zalë miona naszégò (tj. „Pòmoranie”) patrona Lecha Bądkòwsczégò w Marszôłkòwsczim Ùrzãdze we Gduńskù. Festiwal òficjalno òtemknął przédnik Karna Sztudérów „Pòmòraniô” Matéùsz Łącczi. Głos zabrelë jesz przédnik Kaszëbskò-Pòmòrsczégò Zrzeszeniô prof. Édmùnd Wittbrodt a téż wiceprzédnik Youth of European Nationalities Marin Bodrožić. Głównym pónktã pòtkaniô bëła debata na témã tożsamòscowi i kùlturowi sytuacjë Kaszëbów, w chtërny wzãlë ùdzél dr Nicole Dołowi-Rëbińskô, dr Michôł Kargùl i wiceprzédnik KPZ Łukôsz Grzãdzëcczi.

Ùczãstnicë drãgò robilë na to, cobë finał òkôzôł sã dobëcym, ale przede wszëtczim rozwijelë swòje ùmiejãtnoscë i pòznôwelë jinszé kùlturë a jãzëczi, na przëmiôr w czasu wanodżi pò Kaszëbach. Mielë téż leżnosc do gôdczi ò jiwrach, nietolerancji i sytuacji mniészosców w Eùropie. Ò tim prawie gôdôł pòliticzny téater, chtëren na òdwôżny ôrt ùkôzôł prôwdã ò diskriminacji i mòwie nienawiscë, co sã zëdrëje ze spòlëznowëch mediów na całim swiece. Zôs inspiracją dlô warkòwniów, na jaczich mógł robic céchùnczi, bëłë gazétné artikle ò mniészoscach. Ùtwórcë mòglë swòbódno przelac wseczëca i artisticzné wizje prosto na papiór. Wëstôwk tëch òbrôzków żdôł na widzów na Nadmòrsczim Bùlwarze w Hélu.


24. Latarnia Morska w Rozewiu nosi imię Jana Kasprowicza

Rozewie (gmina Władysławowo) zajmuje szczególne miejsce na mapie geograficznej i morskiej Polski. Dwie latarnie morskie z XIX wieku poświadczają szczególne znaczenie Rozewia dla żeglugi morskiej. Staraniem Towarzystwa Przyjaciół Narodowego Muzeum Morskiego 17 czerwca 2017 roku Latarni Morskiej II w Rozewiu nadano imię Jana Kasprowicza – wielkiego poety, pisarza, dziennikarza, tłumacza poezji antycznej i zachodnioeuropejskiej, a przy tym związanego z naszym regionem.

Latarnie morskie mają podstawowe znaczenie w działalności merytorycznej i finansowej Towarzystwa Przyjaciół Narodowego Muzeum Morskiego (TPNMM) w Gdańsku. Towarzystwo dba o ich standard i estetykę. Dużą wagę przykłada również do idei i symboliki, słowem dziedzictwa latarni morskich umiejscowionych wzdłuż polskiej linii brzegowej Bałtyku. W tym zakresie można się odwoływać do wzorców i przykładów „Polski Morskiej” z okresu międzywojennego. Przypomnijmy, że od 1933 roku Latarnia Morska nr 1 na Rozewiu ma za patrona Stefana Żeromskiego (1864–1925). Był on u progu II Rzeczypospolitej najpopularniejszym i najbardziej szanowanym pisarzem oraz autorytetem, przewodnikiem ideowym dla dużej części społeczeństwa polskiego. Przypomnijmy, że wiosną 1922 roku ukazała się jego powieść historyczna pt. Wiatr od morza. Do symboliki wiatru od morza będą się odwoływać kolejne pokolenia Polaków, szczególnie na Pomorzu. Sprawami morskimi i kulturą ludu kaszubskiego zainteresował Stefana Żeromskiego jego przyjaciel Bernard Chrzanowski (1861–1944), który fascynacją Bałtykiem „zaraził” również Jana Kasprowicza (1860–1926).


26. „Grobowiec przesławnych książąt pomorskich...”

Gdańsku, królowo pomorskiej ziemi

Kaszubów grobie i chwało...

(Aleksander Majkowski, fragm. wiersza „Gdańsk” 1910)

Oliwa zawsze odgrywała wielką rolę w życiu duchowym Kaszubów. Kościół i klasztor ufundowali pierwsi książęta gdańskiego Pomorza, którzy tutaj złożyli swoje szczątki. Podczas zaboru pruskiego rozlegała się w Oliwie polska pieśń modlitewna Kaszubów. To tutaj w Kaplicy Polskiej autorka „Roty” Maria Konopnicka w 1906 roku spotkała się z Kaszubami. Czôrlińsczi, bohater epopei Hieronima Derdowskiego Ò panu Czôrlińsczim, co do Pùcka pò sécë jachôł, wstąpiwszy około 1880 roku do klasztoru cystersów, oglądał wizerunki kaszubskich książąt, a wspominał to tak:


28. PRL zawsze w nas żyje?

Karol Marks pisał w 1848 roku, że „widmo krąży po Europie – widmo komunizmu”. Czasami mam wrażenie, że dziś jest podobnie z „widmem”, rozmaicie wprawdzie widzianym, PRL-u: dla jednych to nieprzezwyciężona dostatecznie przeszłość, dla innych może wzór państwowości czy przedmiot nostalgii, porównań wypadających nagle na korzyść owego widma...

Popatrzmy bliżej na tę paradoksalną sytuację. Oto Polak urodzony po upadku komunizmu ma dziś 28 lat. Ci, co żyli już świadomie w tej epoce, mają dziś lat 40 czy 50. Epoki Bolesława Bieruta czy „pierwszego Gomułki”, czy 11 lat stalinizmu (do roku 1956) niemal nikt już nie pamięta. Nawet ci najmłodsi z bywalców więzień UB około roku 1950 mają dziś co najmniej lat 80. Warto przypomnieć, że dwaj najważniejsi twórcy komunistycznej Polski – Bolesław Bierut i Władysław Gomułka – dawno już nie żyją. W 2017 roku, jeśli ktoś by bardzo tego chciał, może obchodzić 125-lecie urodzin Bieruta! Data nie jest może całkiem pewna, tak jak jego cała biografia, w epoce PRL-u pełna niedomówień i luk. Co do Władysława Gomułki w tym roku mija 35 lat od jego zgonu. Tyle suche nieco uwagi generacyjne. Niedawno barwny opis życia w PRL-u opublikowała Iwona Kienzler, podkreślając już w tytule cechy epoki tak: Życie w PRL. I strasznie i śmiesznie (2015). Osobiście wolałbym napisać, że choć śmieszności na co dzień nie brakowało, to generalnie panował strach i może monotonia egzystencji, choć nie wszystkich z pewnością i nie przez cały czas to dotyczyło.


30. Pòmachtóny żëwòt Bruna Richerta wedle aktów z archiwùm Institutu Nôrodny Pamiãcë (dzél 16)

Òb czas swòji bëtnoscë w Karwicë Bruno Richert jesz jedną rzeczą zwrócył na se ùwôgã krëjamnëch służbów Lëdowi Pòlsczi. Stało sã tak w gromicznikù 1959 r. Béł to czas, czedë wrócył do Pòlsczi dzél skarbów pòlsczi nôrodny kùlturë, chtërne pò wëbùchù II swiatowi wòjnë wëwiozłé òstałë do Kanadë, gdze bëłë przechòwiwóné. 3 gromicznika 1959 r. skarbë te (zwóné wawelsczima) przëjachałë cugã na przédné banowiszcze w Warszawie. Kąsk pózni w tamecznym Nôrodnym Mùzeùm zrëchtowóny òstôł wëstôwk, jaczi miôł zaprezentowac lëdzóm przëwiozłé prawie nazôd do Pòlsczi skarbë pòlsczi nôrodny spôdkòwiznë. Nie wrócëłë w tim czasu równak jesz wszëtczé przechòwiwóné w Kanadze rzeczë. Reszta z nich, w tim na przëmiôr zbiér wawelsczich ùtkónëch òbrazów z XVI stalata, przewiozłô òsta do Pòlsczi dwa lata pózni, to je w stëcznikù 1961 r.

Dlôcze ò tim wspòminóm? Hewò w gromicznikù 1959 r. czerownik i szkólny w karwicczi szkòle Bruno Richert òb czas lekcjów przedstôwiôł dzecóm midzë jinszima sprawã przëjachaniô nazôd wawelsczich skarbów do Pòlsczi. Wedle meldënkù z òperacjowi robòtë Służbë Bezpiekù w Lãbòrgù za gromicznik 1959 r. Richert mô wrodżé nastawienié do wëchòwaniô dzecy w dëchù ùstawòwëch fòrmów P[òlsczi] R[zeczpòspòliti] L[ëdowi]. Figùrant wnëkiwô dzôtkóm w głowë, że ùstôw nen (chòdzy ò kòmùnizm – S.F.)to nie je richtich Pòlskô, że terôczasné wëszëznë to złodzeje i bandicë. Pòdług Richerta je to wszëtkò leno timczasowé, a pòtemù dopiérze nadéńdze prôwdzëwô Pòlskô. Wedle wspòmnionégò meldënkù dôwny przédny redaktor „Zrzeszë Kaszëbsczi” pòzdrzatk taczi wëkôzôł na témã przińdzeniô nazôd wawelsczich skarbów z Kanadë, bò z dzecama òbgôdiwôł tã sprawã na ùczbach. Gôdôł, że Kanada nie wëda Pòlsce wszëtczich skarbów (jak jem nadczidł, reszta skarbów wróca do Pòlsczi w 1961 r., to je wnetka dwa lata pózni – S.F.)z ti przëczënë, że nie ùznôwô dzysdniowi Pòlsczi. Mùsz je przëznac w tim môlu, że w tim, co gôdôł Richert, bëło wiele prôwdë. Kò doch prawie to, że w pòwòjnowi Pòlsce rządzëlë kòmùniscë, sprawiło, że skarbë pòlsczi kùlturë wrócëłë do najégò kraju tak pózno. Przez dłudżi czas sprawa òddaniô jich w rãce kòmùnisticznégò rządu sparłãczonô bëła z wiele wątplëwòtama. Zdrzódłã jich bëło midzë jinszima to, że przekôzanié wawelsczich skarbów kòmùnisticznym wëszëznóm pòlsczégò państwa òznôczałobë mòralné ùznanié jich za legalné przédnictwò kraju. Richert miôł swiądã tegò i gôdôł tak cos dzôtkóm òb czas ùczbów. Co cekawé nadczidka ò tim, że Kanada nie ùznôwô dzysdniowi Pòlsczi,òznôcza, że szkólny z Karwicë przékùje legalnosc kòmùnisticznëch rządów w Pòlsce i je dbë, że ni mają òne mòralnégò prawa, żebë rządzëc. Gwësné je to, że bezpieka zarô dozdrza zagrôżbë, jaczé zrzeszoné są z rozkòscérzanim westrzód szkòlôków taczich pòzdrzatków. Temù téż w nadczidniãtim wëżi dokùmence w òdniesenim do tegò, co zrobił Richert, napisóné òstało, że mùsz je w nôblëższim czasu sprawdzëc materiôł, jaczi mómë, sprawã sczerowac na dargã karnégò pòstãpòwaniô i sprawic, żebë òstôł zdjãti ze szkólnowsczégò stanowiszcza.


33. Anna Burdówna – niezwykły życiorys zwykłej nauczycielki

Dzisiejsza szkoła zmaga się z wieloma problemami. W procesie wprowadzania zmian i reform zapomina się o najważniejszym czynniku – o człowieku. A przecież ważny jest i uczeń, i nauczyciel. W poniższej historii prezentuję nauczycielkę przez duże N. Warto czasami przypominać takie życiorysy, ludzi, którzy swoim codziennym życiem, pracą i nauką zasługują na miano wielkich bohaterów w trudnych czasach. Takim człowiekiem była Anna Burdówna – nauczycielka z Ełganowa.


35. Gościnna Orunia

Choć gdańska dzielnica Orunia nie cieszy się dobrą sławą, to właśnie tu znajduje się ulica Gościnna. Biegnie pomiędzy Traktem Świętego Wojciecha a torami kolejowymi na wysokości Parku Oruńskiego. Natkniemy się tu na liczne niespodzianki.

Oruńska oświata

Ulica Gościnna to jedna z najstarszych ulic Oruni. Jej pierwotna nazwa to Schulstrasse, czyli Szkolna. Wzmianki dotyczące mieszczącej się tu szkoły sięgają XVI wieku! Została ona zniszczona w czasie oblężenia Gdańska przez króla Stefana Batorego w 1577 roku. Mimo przeciwności losu edukację kontynuowano w nowym budynku. W XVIII stuleciu pracowało w Oruni dwóch nauczycieli, którzy byli jednocześnie organistami w stojącym tu wówczas ewangelickim kościele. W 1850 roku budynek szkoły został rozbudowany do obecnego stanu. To ceglany gmach o skromnej, prostej architekturze. Mimo zniszczeń zaraz po wojnie utworzono tu Szkołę Powszechną nr 10 i przyjęto uczniów na rok szkolny 1945/1946. Obiekt był wielokrotnie remontowany, niestety ogromne straty przyniosła powódź w 2001 roku. Fundamenty z XIX wieku okazały się jednak na tyle stabilne, że po osuszeniu uczniowie wrócili w stare mury. Do niedawna w budynku działało Gimnazjum nr 10, jednak z powodu tegorocznej reformy zostało zlikwidowane. Jego uczniowie uczęszczać będą do pobliskiej Szkoły Podstawowej nr 16.


36. Ùroczi dzysdnia

Lëché òkò, ùrok, zaklãcé, mòc, co móże szkòdzëc lëdzóm, zwierzãtóm czë nawetka martwim rzeczóm. Mëszlã, że wnetkòżdi mieszkańc naszégò regionu czuł chòc rôz ò tak czims. Sygnie sã ną témą blós përzinkã zainteresowac ë ju nëch wiadlów zbiérô sã dosc tëli. Òsoblëwie, czej spitómë starszich. Gôdają tedë ò czarzelnicach, ùrokach na lëdzy, wiele je téż pòwiôstków ò zaùroczonychòwie, ale móżetéż dobëc wiadla ò tim,jak sã przed czarzenim bronic. Kąsk szczescômùszi ju miec,żebë trafic czlowieka,co sã z ùrokã spòtkôl sóm. W tim teksce nie mdã pisôl ò ùrokach na Kaszëbach òd spòdlégò, ale ò tim, co jô sóm móm czëté abò nawetka widzóné.

 

38. Wykorzystana szansa

W dniach 22–25 czerwca odbyło się na Kaszubach 93. Walne Zgromadzenie Delegatów Polskiego Towarzystwa Ludoznawczego. O znaczeniu tego wydarzenia dla naszego regionu i o jego przebiegu rozmawiamy z prezesem oddziału PTL w Gdańsku i dyrektorem Muzeum Ziemi Puckiej im. Floriana Ceynowy Mirosławem Kuklikiem.

Jakie znaczenie ma dla nas fakt, że tegoroczne Walne Zgromadzenie Delegatów PTL odbyło się na Kaszubach. To szansa pokazania naukowcom z całej Polski naszych dokonań?

Mirosław Kuklik: To wykorzystana szansa. Delegaci PTL mogli zobaczyć, jak się zmieniły Kaszuby, jak tworzymy tutaj nasz regionalizm w nowej formie, nie tylko w tej folklorystycznej. To była szansa nie tylko dla ludzi z zewnątrz, ale i dla nas. Myśmy sobie postawili w Polskim Towarzystwie Ludoznawczym, w oddziale w Gdańsku, takie zadanie, że po 17 latach (bo ostatni zjazd na Kaszubach był w roku 2001) chcemy pokazać, co zrobiliśmy w tym okresie. A to rzeczywiście był czas bardzo bogaty w przemiany, jeżeli chodzi o działania na rzecz tożsamości kaszubskiej. To był pierwszy powód. A drugi – niemniej ważny: stwierdziliśmy, że skoro mamy akurat 200. rocznicę urodzin Floriana Ceynowy, patrona nie tylko Muzeum Ziemi Puckiej, ale wielu instytucji, twórcę regionalizmu kaszubskiego, działacza, który pierwszy powiedział, że kaszubszczyzna to język, to chcieliśmy również przybliżyć ludoznawcom (bo nie zawsze znają nasze wybitne postaci) działalność Floriana Ceynowy. On jest znany głównie u nas, w regionie, a i to też niezbyt dobrze, jak wiemy.


41. Swiónowskô królewô, Piôsznica i bôłdze

Ju sódmi rôz òstôł zòrganizowóny Kaszëbsczi Filmòwi Festiwal. Warôł wnet miesąc – òd 29 czerwińca do 27 lëpińca. W tim czasu òdbëło sã piãc pòkôzków. Co wôrt pòdsztrichnąc, wikszosc filmów pòwstała czësto niedôwno, w slédnëch trzech latach.

Festiwal zaczął sã w Kaszëbsczim Centrum Kùlturë òd prezentacje dwùch dokazów: „Królowa Kaszub” z 1995 r. i zrealizowónégò łoni przez Eùgeniusza Prëczkòwsczégò „Swiónowskô nasza Matinkò”. Òbëdwa są sparłãczoné z kùltã Matczi Bòsczi Królewi Kaszëb. Drëdżi z tëch filmów je téż w dzélu swójną kroniką bëtnoscë w Kanadze w maju łońsczégò rokù karna Kaszëbów. Przëwiozlë òni do Ontario replikã cëdownégò òbrazu w Swiónowie. W Kartuzach film òbzérelë pòspólno ùczãstnicë ti rézë wespół z grëpą najich domôków zeza òceanu.


42. Z południa na Kaszuby

W ubiegłym roku do grona Ormuzdowych Skier dołączyła Maria Michalik –członkini Zespołu Pieśni i Tańca „Gdynia” – Kaszubka z wyboru, gdynianka oraz pasjonatka śpiewu.

Z południa nad morze

Urodziła się w Łazach, a rodzinnie jest związana ze Śląskiem Zielonym – okolicami Bielska i Skoczowa. Od przeszło pół wieku mieszka w Gdyni, dziś określając swoją tożsamość, mówi o sobie: gdynianka, Kaszubka i Pomorzanka. Nad morze ściągnęła ją w 1965 roku miłość do Zbigniewa Michalika, przyszłego męża, wówczas mieszkańca Gdyni i członka Zespołu Pieśni i Tańca „Arka”. Młodzi małżonkowie mieli wspólną pasję – śpiew. Zanim przybyła na Pomorze, Maria występowała przez dziesięć lat w Zespole Estradowym w Skoczowie. Tuż po przybyciu do Gdyni za sprawą męża wstąpiła do zespołu „Arka”, który niebawem zmienił nazwę na „Dalmor”. Były to czasy, kiedy jego skład tworzyło około stu artystów, częściowo zawodowych, a zespół składał się z kilku sekcji: chóru żeńskiego i męskiego, sekcji tanecznej żeńskiej i męskiej oraz zespołu muzycznego. Po wstępnych przesłuchaniach ‒a kierownikiem artystycznym zespołu był legendarny Bronisław Zach – Maria Michalik została przyjęta do sekcji sopranów. I tak rozpoczęła się, trwająca przeszło pół wieku, jej muzyczna droga w gdyńskim zespole, mnóstwo występów krajowych i zagranicznych, współpraca z takimi muzykami i kompozytorami, jak: Adolf Wiktorski, Mieczysław Krzyński, Danuta Baduszkowa czy też Edmund Dolny. Trudno sobie wyobrazić ówczesną Gdynię bez Zespołu Pieśni i Tańca „Dalmor”, a było to miasto o zupełnie innym charakterze niż obecnie, bardziej morskie i portowe. Mieszkańców i turystów budziły syreny statków, a kiedy chodzili po mieście, mogli poczuć i zapach morza, i złowionych ryb, i piękną woń palonej kawy. Przy nabrzeżach portowych cumowało wiele charakterystycznych „żółtków”, czyli kutrów rybackich. Podczas wielu miejskich uroczystości można było usłyszeć piękne pieśni kaszubskie, rybackie, morskie w wykonaniu zespołu „Dalmor”. Taka właśnie była Gdynia w latach sześćdziesiątych, siedemdziesiątych i początkach osiemdziesiątych ubiegłego wieku. Te lata dla Marii Michalik to także czas szczęśliwego małżeństwa, macierzyństwa i wspólnych występów ze Zbigniewem. Dwóch synów państwa Michalików wychowywało się „przy zespole”, uczestnicząc w większości prób, spotkań organizacyjnych i ważnych jubileuszy.


44. Dziwne spotkanie

Był sierpniowy poranek. Wróciłem właśnie z ćwiczeń polowych nowskiej kompanii Obrony Narodowej. Po krótkim odpoczynku zaproponowałem żonie udanie się do Małej Karczmy, by na tamtejszej poczcie uregulować przesyłki pieniężne. Zostawiliśmy nasze pociechy pod opieką pomocy domowej i wyszliśmy z mieszkania. Schodząc po tarasie w dół, w kierunku szosy, zauważyliśmy nieznajomego, który podchodził do szkolnej furtki. Udałem się w tamtą stronę i go zagadnąłem o jego życzenie. Odpowiedział po niemiecku:

– Idę do pana Radtkego, mego krajana, wszak jest warmianinem.

– Jerzy Radtke już tu nie mieszka, jestem na jego miejscu. Może mogę panu w czymś pomóc.

– O, właśnie. Chciałem go prosić o drobną pożyczkę. Okradziono mnie w pociągu, musiałem wysiąść w Smętowie. Nie mam teraz gotówki nawet na bilet do Gdańska.

– Proszę – podałem mu pięć złotych, aż nadto wiele na bilet do Wolnego Miasta Gdańska. Podziękował, ukłonił się i ze słowami „Auf Wiedersehen” ruszył w kierunku stacji smętowskiej.

– Ten człowiek nie ma czystego sumienia – powiedziała po chwili Werka – zachowywał się dziwnie, sztywno i nerwowo. Portfel mu skradziono? W pociągu? A wysiadł właśnie tu w Smętowie?


45. Bólszewsczé rozegracje Rodny Mòwë – Méster Bëlnégò Czëtaniô (dzél 2)

II Regionalny/ III Pòwiatowò-Gminowi Kònkùrs dlô Czëtińców „Méster Bëlnégò Czëtaniô” miôł swój rozrzeszënk 21 lëstopadnika 2015 rokù w Filii Nr 1 Pùbliczny Biblioteczi Gminë Wejrowò m. Aleksandra Labùdë w Bólszewie, przë drodze Reja. Doszła nowô kategóriô, klasë I–III spòdleczny szkòłë. Òrganizatorka finału i ùdbòdôwcka całégò kònkùrsu, direktorka biblioteczi Janina Bòrchmann tak mówiła òbczas òtemkniãcô ùroczëstoscë: Organizatorów napawa dumą fakt, iż z roku na rok do konkursu na każdym z jego szczebli przystępuje więcej uczestników. Do finału regionalnego, po przejściu kolejnych etapów, szkolnego, gminnego i powiatowego, wpłynęło 68 zgłoszeń uczestników reprezentujących 7 powiatów: wejherowski, lęborski, kościerski, pucki, słupski, bytowski, kartuski i jedno miasto na prawach powiatu Gdańsk.

Przed juri stanãło w kùńcu 56 ùczãstników. Nômłodszi czëtający mielë do robòtë bôjczi Alojzégò Nôgla ze zbiéru Bajki i bajeczki/ Bôjczi i bôjeczczi. W klasach IV–VI do czëtaniô mielë dzéle pierszi czãscë arcëdokôzu Aleksandra Majkowskiego Żëcé i przigòdë Remùsa. Kaszëbsczé zwiercadło. Kùńsztã dlô gimnazjalistów bëłë felietónë Aleksandra Labùdë z ksążczi Gùczów Mack gôdô. Drëdżi rozdzél RemùsaMajkòwsczégò béł dlô wëżigimnazjowëch. Ùstny ùczãstnicë czëtelë dzélëczi pòematu ks. Léòna Hejczi Dobrogòst i Miłosława. Kaszëbsczé spiéwë dzejowé w trzech brawãdach.


46. Kaszëbsczé karaòke – wëfùlowanié lózégò placu

To je sromòta, że w czasach bómbardowaniô aùdiowizualnym „kòntentã” më ni mómë wiele filmików, klipów ë jinëch materiałów wideò w internece pò naszémù. Chcemë so nie cëganic – òddólno to nama nie jidze, temù mòże je nót jaczégò impùlsu. Taczi bédënk delë Młodi Kaszëbi, òrganizëjącë kònkùrs „Kaszëbsczé karaòke”. Przék pòzwie w przezérkù szło ò stwòrzenié czegòs na mòdło telediskù do jedny z frantówków.

Òb czas VIII Filmòwégò Festiwalu w Miszewkù më pòznelë dobiwców. Pôrã miesący rëchli w mediach to dało bészét ò Kaszëbsczim Karaòke – regùlamin i lësta frantówków bëła przistãpnô na stronie mlodi-kaszebi.info, a młodzëznowé karna z òkòlégò Lëzëna i Żukòwa zòrganizowałë kònkùrs wespół z banińsczim partã Kaszëbskò-Pòmòrsczégò Zrzeszeniô. Sygnie kamera, czile aktorów i dobrô ùdba na zòbrazowanié piesnie, do jaczi nôdpisë ùmòżlëwią pòspólny spiéw. To je pierszi tegò zortu kònkùrs, temù téż kòl 10 nadesłónëch dokazów mòżemë ùznac za sukces i dobri zôczątk szeroczégò w òdbiérze corocznégò kònkùrsu.

 

47. Druge żicie mojygo Tati

Jak łu mnie był Redaktor Naczelni „Pomeranii”, to ja mu łopowjadiwałóm o czasie wojni, bo choc byłóm gzub, to wjele pómniantałóm. Tedi gadałóm, że we wojnie wew ogrodzie mnielim wikopani bunkier ji tam wew nim siedzielim. Dało czuć, jak kule świstałi wew jedna ji druga stróna, bo akurat frónt sia na długo zatrzymał przi rzyce Czarni Wodzie. Radio mniamniecke (bo wew naszi chałupie był szpital, mówma: lazaret) durcham gagniyło Szwarc Waser ji Szwarc Waser.

Razu jednego kele naszygo bunkra spadła bómba. Dało dużi huk ji nóm na głowi leciał pjasek! Tedi nasz ojciec rzecze: „Łostańta zez Bogam”. Łón był pewjan, że łuż bandzie pó nas! Ale wej niy! Łostelim przi żiciu! Potamu sia zrobjyło tak cicho jakoś. Kanóna, co była za naszym wichódkam, zniknyła. Razu nie wjedzielim, że Mniamci sia wicofeli!

 

48. Od Gdańska do Gruczna

Lubię jesień, zwłaszcza czas „babiego lata”. Jeszcze ciepło, kolorowo. I ta dojrzałość, nasycenie. Szarugi jesienne i tak będą. Po co się tym martwić...

A lato było ważne tego roku. Zaczęło się dla mnie od Zjazdu Kaszubów. Już kolejnego, w którym uczestniczyli też nieliczni Kociewiacy. Podziwiając kaszubskość jako kulturową wartość, zawsze myślę też o mojej ziemi.

W tym roku podobną funkcję spełnił kociewski dzień podczas powszechnie znanego Jarmarku Dominikańskiego w Gdańsku. Koniecznie muszę wymienić tu organizatorów tego wydarzenia o nazwie Unikaty z Kociewia: Starostwo Powiatowe w Starogardzie Gdańskim (jak na stolicę regionu przystało), we współpracy z zasłużonym Ogniskiem Pracy Pozaszkolnej i Lokalną Organizacją Turystyczną Kociewia, której zasługą jest włączenie się innych powiatów kociewskich – świeckiego i tczewskiego. Serce mi rosło, gdy w wielkim korowodzie widziałam uczniów, kociewskie zespoły, koła gospodyń, organizacje turystyczne, wielu animatorów kultury, sympatyków regionu... Na wielką chwalbę zasłużyło Starostwo Powiatowe w Świeciu, które rozesłało wici wśród mieszkańców.

 

49. Prawiki i diabliki

Jesień to pora roku sprzyjająca leśnym wędrówkom. W naszych pomorskich lasach napotkać możemy wielu amatorów grzybobrania. A malownicze Bory Tucholskie słyną przecież w całej Polsce z obfitości owoców lasu. Wytrawni i wytrwali zbieracze przemierzają grzybodajne lasy i zapełniają swoje kosze... pieprznikami jadalnymi, mleczajami rudymi, gąsówkami nagimi czy płachetkami kołpakowatymi.

Kurza stopka

Grzybowe nazewnictwo jest bardzo bogate i, prócz nazwy naukowej, oficjalnej, obejmuje kilkanaście niekiedy synonimicznych nazw tego samego gatunku grzyba. Sporo nazw ma rodowód gwarowy, np. wysoko ceniony z uwagi na swe walory smakowe pieprznik jadalny w różnych regionach kraju nazywany jest kurką, kurkiem, kurzą nóżką, kurzą stopką, kurzajką, lisicą, liszką, lisiczką(ta nazwa szczególnie popularna jest wśród starszych mieszkańców byłych województw koszalińskiego i słupskiego – przybyłych na ziemię pomorską po 1945 roku repatriantów z Borun, Krewa, Oszmian i Smorgoni), lepiechą, lepieszką, łasiczką, pieprzykiem i stągiewką.


50. Znak „P”

Rozmawiałem z kilkoma Mazurami prowadzącymi w latach ostatniej wojny gospodarstwa rolne, nie przypominam sobie jednak, aby któryś z nich z własnej woli wspominał o robotnikach przymusowych, dzięki którym te majątki przetrwały. Kiedy sam poruszałem temat, okazywało się, że obecność prawie darmowych pracowników, w znacznej liczbie Polaków, była dla nich oczywista – ich ojcowie, mężowie i bracia walczyli przecież na froncie, ktoś musiał więc posiać i zebrać plony czy obrobić inwentarz, niemieckich rąk było do tych prac zdecydowanie za mało. Żadnej skruchy, żadnych wyrzutów sumienia…

Deficyt siły roboczej w ostatnich latach przed wybuchem II wojny św. był poważnym problemem dobrze rozwijającej się gospodarki Prus Wschodnich. Szczególnie widoczny był w rolnictwie, w 1938 r. na pracowników czekały tu aż 42 tys. miejsca pracy. Wybuch wojny, poprzedzony powołaniem do służby wojskowej wielu mężczyzn, pogorszył sytuację. Dla jej ratowania już we wrześniu 1939 r. sięgnięto po polskich jeńców wojennych. Jesienią tego roku zaczęły przybywać do Prus Wschodnich transporty cywilów z wcielonej do Rzeszy rejencji ciechanowskiej. Działania te nie przyniosły poprawy, wiosną 1940 r. zgłoszono zapotrzebowanie na 62 tys. robotników rolnych. Napływ jeńców wojennych z Francji, a także coraz liczniejsze transporty z obszarów włączonych do Rzeszy przejściowo zredukowały zapotrzebowanie o 3/4, ale problem braku rąk do pracy w rolnictwie, przede wszystkim ze względu na wzrastające potrzeby niemieckiego przemysłu, nie został rozwiązany do końca wojny.

 

52. Tragedia borów i ludzi

„Ani oko nie widziało, ani ucho nie słyszało...” Takiego kataklizmu, jaki dotknął Pomorze w sierpniową noc, z piątku na sobotę, nie było jeszcze w historii naszej ziemi. Raz po raz słyszymy o niszczycielskich zjawiskach w odległych rejonach globu i oglądamy przerażające skutki, lecz w naszym spokojnym klimacie – tak myśleliśmy – to nie ma prawa się zdarzyć. To nie do wiary, że jednak się stało! Wielkie przestrzenie lasów, borów sosnowych przede wszystkim, powalone porywem wiatru jak trzciny. Drzewa, które rosły kilkadziesiąt lat, wyrwane i połamane z trzaskiem w ciągu kilkunastu minut. Zdumienie, przerażenie i bezsilny gniew!

W książce Sekretne życie drzew, która ostatnio stała się międzynarodowym bestsellerem, leśniczy Peter Wohlleben bardzo ciekawie i ze znawstwem opowiada, jak drzewa żyją w symbiozie z całym ekosystemem, porozumiewają się ze sobą, troszczą się o swe potomstwo, pomagają chorym sąsiadom, doświadczają wrażeń, mają pamięć. Lecz wszystko to opisuje na podstawie doświadczeń i obserwacji naturalnego lasu, którym się opiekuje, położonego na wschodnim skraju gór Eifel w Nadrenii-Palatynacie. Lasu, w którym rosną drzewa kilkusetletnie, stuletnie buki, dęby i świerki zaliczane są do młodzieży, a pod koronami starych osobników kiełkują i z wolna przebijają się do światła najmłodsze latorośle. Inaczej w naszych lasach, gdzie na pierwszym miejscu stoją potrzeby gospodarcze, a ponadstuletnie drzewostany na większej połaci są rzadkością. Mimo wszystkichróżnic, czytając tę książkę o drzewach jako żywych istotach, odkrywamy niezliczone analogie i wgłębiamy się w leśne tajemnice.


54. Swiãto ksążczi

Kòscérzna ju 18. rôz gòscëła wëdôwców, aùtorów i lubòtników czëtaniô. Latosé Tôrdżi Kaszëbsczi i Pòmòrsczi Ksążczi òdbëłë sã 8 lëpińca, a wzãło w nich ùdzél wicy jak 30 wëstôwców.

Jak rok w rok imprezã zòrganizowała Gardowô Biblioteka miona ks. Kònstantégò Damrota w Kòscérznie wespół z tamecznym Bùrméstrã i Radzëzną Miasta. Je to nôwikszé wëdarzenié, jaczé mô za cél promòcjã ksążków pò kaszëbskù i pùblikacjów namienionëch Kaszëbóm i Pòmòrzu.

Nimò cemnëch deszczowëch blónów, jaczé wisałë całi dzéń nad kòscersczim rënkã, na tôrdżi przëszło abò przëjachało wiele lëdzy. Przëchłoscëłë jich przede wszëtczim stojiszcza z bëlną lekturą. Bëła téż leżnosc, żebë pògadac ze swòjima lubòtnyma aùtorama, chtërny na rënkù pòdpisywelë swòje dokazë i òpòwiôdelë ò nich na binie.
 

54. Pod pomnikiem Derdowskiego

W Wielu, rodzinnej wsi Hieronima Derdowskiego, 18 sierpnia 1957 r. odsłonięto odbudowany po wojnie pomnik tego wielkiego poety. W tym wydarzeniu wzięło udział ponad 20 tys. osób, w tym przedstawiciele ówczesnych władz polskich z marszałkiem Sejmu Czesławem Wycechem na czele. Byli oczywiście także przedstawiciele Zrzeszenia Kaszubskiego, którego powstanie rok wcześniej umożliwiło zorganizowanie tej uroczystości.

W 2017 roku ponownie Kaszubi (i nie tylko) spotkali się pod pomnikiem, aby przypomnieć wielkie wydarzenie sprzed 60 lat. Uroczystość zaczęła się od mszy świętej, którą w wielewskiej świątyni odprawili kapłani pod przewodnictwem Prymasa Seniora abp. Henryka Muszyńskiego. Następnie uczestnicy udali się pod pomnik Derdowskiego, gdzie słowa powitania skierował do nich wójt gminy Karsin Roman Brunke, a prof. Józef Borzyszkowski przywołał najważniejsze fakty z życia autora Ò Panu Czôrlińsczim co do Pùcka pò sécë jachôłoraz przypomniał dzieje wielewskiego pomnika (jego wystąpienie zaprezentujemy w kolejnym numerze „Pomeranii”).

55. Lektury

59. Klëka

67. Szkòła niepòtrzébnosców

Czë lëdzëska rozmieją, co sã do nich mówi? Pisze? Czë wiedzą, ò czim są ne wszëtczé cëzojãzëkòwé spiéwë w radio? Te rozmajité „Despacita”? Wiele lëdzy wié, co stoji jima na taczi kòszulce (tiszerce) pò anielskù napisóné? Wié taczi knôp, co jedze aùtobùsã, że lëdze czëtają z jegò piersë straszné głëpòtë? I pòdsmiéwają sã niejedny. A wëszczérzają. A òn jedze dali jak nen „człowiek z lëscã na głowie” ze spiéwë „Elektricznëch Gitarów”…

Kùli z tëch lëdzësków, co sã czedë ùczëlë w szkòłach jinëch jãzëków/ przedmiotów, dzysô z nich kòrzistô? Na co spiéwôkòwi techniczné céchòwanié i termòdinamika, a mechanikòwi ùczba rusczich nôrodnëch tuńców? Za czim ùczëc wikszoscë tegò, czej to do nicze w żëcym sã nie przëdôwô…? Òdpòwiésc je prostô: żebë szkólny a jiny profesorë mielë robòtã!

Czej tak, tej mòże bë założëc nową szkòłã czësto niepòtrzébnëch rzeczów…? I zabédowac to jinyma niepòtrzebnyma ùrzãdownikama w kùratoriach a minysterstwach…? Mòże chto taczi pateńt òd mie kùpi? Chcemë to pòzwac „Spòdleczną Szkòłą Czëstëch Niepòtrzébnosców”. Direchtór – niepòtrzébchtór. Szkólny – niepòtrzébnólny. Wòzny – ej! Wòzny bë mùszôł bëc normalny, cobë trzëmac dwiérze szerok ôpen, czej sta chãtnëch pchałobë sã do bëna. Bò òferta, szkòłowi bédënk bë béł baro bòkadny.

68. Państwòwi egzamin

W zélnikù ma z brifką ùdbelë so jic na grzëbë. Lëdze gôdalë, że lato mòkre a cepłé, tej grzëbów ju je dosc. Równak lesny, jaczi prawie zaczął ùrlop, zabédowôł nama, czej le më chcemë, tej òn naju weznie w Bòrë, dze nôzdrowszé a nôwikszé grzëbë roscą.

– Taczé grzëbë – rãka ùsmiónégò lesnégò pòwãdrowa òd zemi jaż do pasa.

– Je ten tu naju pëlckòwsczi las lëchi? – spitôł brifka. – Za czim më mómë tak dalek jachac, kò jô tu znajã nôlepszé place.

– Jidze to w grzëbitwie leno ò grzëbë? – lesny krëjamkò mrëgnął òkã.

– A…? – zmerkôł brifka.

Ùgôdelë më sã trzeji na sobòtã 12 zélnika. W nen dzéń, wczas reno, brifka wrzeszczącë pòd òknã mòji spôwnicë, wërwôł mie z wërów:

– Kùńc swiata! Kùńc swiata!

– Cëż sã sta? – przecérôł jem zaspóné òczë.

– Nie czuł të, co to w nocë bëło za piekło? – brifka béł czësto rozprzeniosłi a drãgò szło mù skłôdanié słowów: – Kòl naju to le gwizdnãło a łisnãło, a tã ni ma nick! Wszëtkò je z zemi zmiotłé!

 

Joomla Templates - by Joomlage.com