Rozmiar czcionki:

Ukazał się grudniowy numer "Pomeranii" z dodatkiem "Stegna"

2. Od redaktora

 

Ostatnie tygodnie obfitowały w wydarzenia ważne dla kaszubskiego teatru. W Europejskim Centrum Solidarności w Gdańsku Miejski Teatr Miniatura wystawił sztukę pt. „Remus”. Różne głosy na temat tego spektaklu publikujemy w tym numerze „Pomeranii”, ale chyba najważniejsze jest to, jak pisze Jaromir Szroeder, że „powieść Aleksandra Majkowskiego – która sama w sobie jest literaturą wielką i bez kompleksów – doczekała się profesjonalnej realizacji scenicznej”. Cieszy też, że „Remusa” zobaczyła m.in. duża grupa nauczycieli języka kaszubskiego. Wielu z nich w swoich szkołach przygotowuje różne przedstawienia i z pewnością warto, by podpatrywali, jak robią to zawodowcy.

 

3. Dramaturgia i teatr kaszubski. Osiągnięcia i wyzwania. Daniel Kalinowski

 

Niemal od początku istnienia tradycji tożsamości kulturowej Kaszubów szeroko rozumiany teatr pojawiał się w niej jako ważne medium przekazu treści i emocji. Najdalszych przejawów mowy kaszubskiej można szukać już w Tragedii o bogaczu i Łazarzu z 1643 r. oraz w osiemnastowiecznych przedstawieniach szkolnych wejherowskich ojców franciszkanów. Walory teatralne można także odkryć w tekstach etnograficznych Floriana Ceynowy, a i poematy humorystyczne Hieronima Derdowskiego pisane są w takim tempie i z taką ekspozycją postaci, że widać w nich myślenie teatrem. Prawdziwe jednak zajaśnienie blasku gatunkowego dramaturgii i form scenicznych teatru kaszubskiego przychodzi wraz z działalnością młodokaszubów.

W namyśle teatrologicznym czy literaturoznawczym współczesnego kaszuboznawstwa zjawisko przywołane w tytule jest słabo obecne. Pod terminem „dramaturgia kaszubska” rozumieć należy dramaturgię sformułowaną pierwotnie w języku kaszubskim. Wymieńmy najważniejszych autorów, skrótowo charakteryzując ich twórczość, by choćby wywoławczo ukazać, jak ciekawa jest to przestrzeń.

 

7. Parę słów o Remusie. Andrzej Busler

 

Gdański Teatr Miniatura 25 października br. wystawił sztukę pt. „Remus”. Do Europejskiego Centrum Solidarności, które w czasie remontu „Miniatury” pełniło funkcję teatru, przybyłem na ten premierowy spektakl z niezwykłą ciekawością. Od lat jestem bowiem miłośnikiem powieści Aleksandra Majkowskiego Żëcé i przigòdë Remùsa. Niejednokrotnie wędrowałem śladami jej głównego bohatera, owocem tych „wanóg” były artykuły, scenariusze wieczorów poetyckich, słuchowiska radiowe itp. Zaliczam się do grona remusowców, dla których ta wspaniała powieść nie jest jedynie kolejną przeczytaną książką. Remus to dla wielu z nas drogowskaz w życiu.

Dzieło Majkowskiego rzadko dotąd gościło na scenach trójmiejskich teatrów. W 1987 roku pierwszą część powieści ekranizował Krzysztof Gordon z Teatru Wybrzeże w ramach Teatru Telewizji. Tym razem adaptację kaszubskiej epopei przygotował Romuald Wicz-Pokojski, a spektakl wyreżyserował Remigiusz Bzyk – twórcy wywodzący się spoza Kaszub. Remus dla Kaszubów to często świętość. I z tą świętością przyszło się zmierzyć twórcom przedstawienia. Czy wyszli z tego zwycięsko?

8. Remus miniaturowy. Jarosław Kroplewski

 

Byłem z żoną na premierze „Remusa” wystawionej przez Teatr Miniatura w Europejskim Centrum Solidarności. Nie było remusowej taczki z książkami i śpiewnikami, „jaczich nie przedôwelë v niżódny ksãgarni” – był stół na całą szerokość sceny. Nie było Remusa, Trąby, króla jeziora, Smętka czy Julki – było jedenastu aktorów ubranych na biało z pomalowanymi na niebiesko i żółto twarzami. Siedzieli i stawiali na stole druciane lalki – ni to kukiełki, ni to rekwizyty. Zaczęła postać w środku siedząca: „Zamknij oczy. Wyobraź sobie…”. Po kilkunastu minutach aktorzy zaczęli się ujawniać jako postaci dramatu.

 

8. Z Remusem przy stole. Barbara Kroplewska

 

Byłam z mężem na premierze „Remusa” wystawionej przez Teatr Miniatura w Europejskim Centrum Solidarności. Do wygaszenia świateł nie potrafiłam sobie wyobrazić, jak w takiej nie za dużej przecież sali reżyser pomieści wędrówkę Remusa przez całe Kaszuby, od Kościerzyny przez wejherowską kalwarię, Krokowę aż nad morze. Zdziwiłam się, gdy spektakl zaczął się od słów: „Zamknij oczy. Wyobraź sobie…”. Oczywiście! Czy może być inna droga w świat magii, Remusowych wyobrażeń, w świat królewianki, króla jeziora, Julki. W spektaklu zminimalizowano ruch sceniczny, ograniczono choreografię do ruchu wyplecionych z drutu lalek i innych drobnych rekwizytów. Wędrujemy tak z Remusem przez polskie Kaszuby pod pruskim zaborem. Wędrujemy przy czarownej muzyce. Zasmucamy się, jak umiera pan Józef, gorszymy się, jak Niemiec wykupuje polsko-kaszubską ziemię, trafiamy z Remusem do więzienia.

 

9. W przestrzeni realizmu magicznego. Jaromir Szroeder

 

Z wielkim zaciekawieniem udałem się do Gdańska na jeden z pokazów spektaklu „Remus” Teatru Miniatura w Europejskim Centrum Solidarności. Wybrałem się tam z nadzieją, że jest to jedno z ważnych wydarzeń dla kaszubskiej kultury. Jak się później okazało – nadzieja nie była płonna. Już pierwsza scena tego widowiska teatralnego zapowiada, że będziemy uczestniczyć w czymś wyjątkowym. Po wejściu na salę widzom ukazuje się jedenaście postaci, jakby w sterylnej przestrzeni, ale jednak pokrytych kurzem historii, siedzących za pochylonym w stronę widowni stołem jak apostołowie przy ostatniej wieczerzy. Obraz ten sprawia, że widz wprowadzony zostaje w przestrzeń realizmu magicznego, którym nasączona jest powieść Aleksandra Majkowskiego Żëcé i przigòdë Remùsa. Oszczędna scenografia sprawia, że skupiamy się na narracji. Po chwili obraz zaczyna ożywać, postaci zaczynają snuć swoją opowieść. Zręcznie napisany scenariusz wydobywa z powieści jej istotę – losy Remusa ściśle związane z historią kaszubskich miejsc i ludzi, oplecione intrygami Smętka. Reżyser Remigiusz Brzyk oraz autor adaptacji i dramaturgii Romuald Wicza-Pokojski postanowili odnieść się do wyobraźni widza, często zwracając się do niego słowami „Wyobraź sobie…”, co wzmocnione obrazami ze sceny pozwala wniknąć w czas i przestrzeń opowiadanej historii.

 

10. Z kaszëbsczi binë. kg

 

Zôs Chònice rôczëłë do se lubòtników teatru, a òsoblëwie tëch, co robią amatorsczé pòkôzczi na binie. Dodóm Kùlturë stôł sã môlã pòtkaniô młodëch i stôrëch, zaczinającëch granié i tëch, co pôrã dobrëch lat prôcëją dlô teatru.

Latosy II Przezérk Amatorsczich Teatrów „Zdrzadniô Tespisa” béł brzadã łońsczégò pòtkaniô teatralnëch karnów w Chònicach. W òdpòwiedzë na wiôlgą chãc ùczãstników tegò pierszégò przezérkù òrganizatorzë delë latos bôczënk na zòrganizowanié warkòwniów. Célã tëch warkòwniów miało bëc szkòlenié warsztatu, òsoblëwie warsztatu aktorsczégò, reżisersczégò czë scenarzistë. Òkróm tegò drëgô edicjô przezérkù w Chònicach miała dali ùpòwszechniac ùróbk wiejsczich teatrów, a téż inspirowac je do bëlnégò wëzwëskaniô tradicyjny lëdowi kùlturë i do szukaniô wôrtnëch dramaticznëch dokazów. Deją przeprowadzonëch warkòwniów bëło zachãcywanié reżiserów do syganiô pò rozmajité fòrmë binowi wëpòwiedzë i do pòdjimniãcô aùtorsczich prób dramatopisarsczich.

 

12. Wóz Tespisa znowu w Chojnicach. Daniel Kalinowski

 

Antyczny Tespis jeździł po starożytnych miastach Grecji i pokazywał tragedię i komedię, smutek i radość, nienawiść i miłość. Na wyposażeniu jego wozu były kostiumy, maski, elementy dekoracji. Tespis jako wolny człowiek i artysta wybierał sobie miasto, które chciał odwiedzić i sam decydował, jaki typ sztuki zaprezentuje. Kierował swój wóz wszędzie tam, gdzie widział społeczną potrzebę zaistnienia teatru, a widzowie ze stałym zainteresowaniem przyjmowali tak jego wypowiadane ze sceny pochwały, jak i satyryczną krytykę czy patetyczne ostrzeżenia…

Tespis jeżdżący dziś po kaszubskich drogach ma poważny kłopot techniczny. Co rusz dyszel jego wozu łamie się na pomorskich wybojach i raz kieruje zaprzęgiem w stronę teatru ludowo-obrzędowego, raz znowu ku realizacji teatru realistyczno-tożsamościowego. Pędzący bez możliwości kierowania wóz, raz pozwala na zabranie wielu pasażerów-teatralników, odwiedzając w czasie swej jazdy wiele miejscowości, innym razem wiezie ze sobą jedną, dwie osoby i błądzi po pustkowiach lub kręci się w kółko…

 

14. Młodokaszuba, żołnierz, starosta część 2. Marian  Hirsz   

 

Z okazji wkroczenia Kaszubskiego Pułku Strzelców im Komendanta Józefa Piłsudskiego na ziemię pomorską porucznik Leon Kowalski, ówczesny dowódca pułku, pisze słowa pieśni, która do 1938 roku jest marszem, hymnem tej jednostki. Melodię do tej pieśni pisze sierżant Iwelski (nie odnalazłem imienia sierżanta w archiwach, wszędzie wymieniane jest tylko nazwisko), ówczesny kapelmistrz orkiestry pułkowej. 

Gdy Polska liczyła swych synów zastałych

Zagrzmiało „żyjemy” w Kaszubach też całych.

Zaćmiłaby przecie wolności tej zorza

Bez synów kaszubskich na straży jej morza.

Ref. Spokojna bądź, spokojna bądź, spokojna bądź Polsko,

O morską Twą straż.

Wypełni ją, wypełni ją, wypełni ją wiernie

Kaszubski pułk nasz.

 

16. Tacewnô pòzwa „Grif”. Wòjcech Czedrowsczi w papiorach bezpieczi (dzél 3). Słôwk Fòrmella

 

Kùńc 1960 ë pòczątk 1961 r. to czas òsoblëwi biôtczi pòlsczich wëszëznów z kaszëbsczima dzejarzama z grëpë zrzeszińców. Brzadã ji bëło wërzucenié z Kaszëbsczégò Zrzeszeniô (KZ) Aleksandra Labùdë, zawieszenié na rok w prawach nôleżnika stowôrë Jana Rómpsczégò i Sztefana Bieszka ë ùpòmnienié dlô Jana Trepczika i Feliksa Marszôłkòwsczégò. Mielë òni òstac wëstawiony na sromòtã jakno separatiscë, co chcelë nibë òderwac kaszëbską zemiã òd pòlsczégò państwa. W biôtkã tã òkróm kòmùnysticzny partie i bezpieczi włączonô òsta téż prokùratura. Dokazã tegò, jak wôżnô bëła ta sprawa dlô „lëdowi” Pòlsczi, mòże bëc to, że bëła òna òbgôdiwónô w sami centralë, to je w III Departamence Minysterstwa Bënowëch Sprawów (MBS) przë ùdzélu przedstôwców tegò resortu i fónkcjonariuszów służbë bezpiekù z Gduńska i Bëdgòszczë.

Wòjcech Czedrowsczi, jak pamiãtómë, miôł lëstową łączbã z J. Rómpsczim i midzë jinyma prosył gò ò przesłanié do se tekstów stwòrzonëch przez zrzeszińców. Dlô SB bëło tej gwësné, że béł òn pòd cëskã separatistów. Ò to samò pòsądzony òstôł sztudéra ùniwersytetu w Toruniu Édmùnd Pùzdrowsczi a sta sã to wszëtkò przez lëst, jaczi dostôł òn òd W. Czedrowsczégò, a ò chtërnym pisôł jem w slédnym numrze najegò cządnika. Òstôł òn wësłóny 23 stëcznika 1960 r. i, jak wiémë, przeczëtelë gò esbecë. Równak chòc fónkcjonariuszowie służbë bezpiekù wiedzelë, cëż bëło w nim napisóné, mielë swiądã tegò, że to, co zdobëlë, to blós materiałë nieòficjalné, co nie nadôwałë sã do legalizacje.

 

18. Gąsôrka z Òdargòwa. Z Éwą Kùr, dzejôrką Kaszëbskò-Pòmòrsczégò Zrzeszeniô w Krokòwie, wësziwôrką, rozmôwiô Tómk Fópka

 

– To je na głowë bòlenié a chłopsczé stojenié – gòspòdëni stôwiô na stole naléwkã domòwi robòtë. – W całoscë òb zëmã, pò réze – dobrze człowieka rozgrzéwô – rôczi z ùsmiéwkã i wspòminô. – Më mielë sétmëdzesąt hektarów zemi. To bëło [Kùrowie gôdają „bało] wiôldżé gòspòdarstwò. Mój tata òpòwiôdôł, że czej òrôł na pòlu, nawetkã wronë wrzeszczałë: kùłak! kùłak! Wszëtkò bëło zarodowé. Nawet pchłë. Tata zarô pò wòjnie zaczął kònie chòwac. Na ekspòrt. Òne mùszałë miec dwa lata i bëc ùjéżdżoné.

Nad wòdą w wieczórny pòrze,

za gąskama chòdzëła,

dzéwczã piãkné, jak te zorze,

i tak sobie spiéwała:

 

Pòjta, pòjta gąsczi mòje,

pòjta, pòjta do domù,

òpòwiém wóm żôle mòje,

nie pòwiédzta nikòmù.

 

20. Szkólny z Kaszëb w Biôłogardze. Kazimierz Jaruszewski

 

W stëcznikù tegò rokù minãła trzëdzestô roczëzna smiercë Féliksa Lôsczi – zasłużonégò i përzna ju zabëtégò òrganizatora warkòwi szkòłowiznë na pôłniowëch „zemiach òdzwëskónëch”, bëtnika kampanii séwnikòwi 1939 rokù, dzejôrza, nôleżnika chòjnicczégò partu Kaszëbskò-Pòmòrsczégò Zrzeszeniégò. Jegò białka Sztefaniô towarzëła jemù w warkòwi robòce i dożëła pózny staroscë, ùmarła w 2012 rokù. Òbòje czile lat robilë w Biôłogardze i dołożëlë sã do rozwiju szkòłowiznë w tim gardze, òsoblëwie w latach piãcdzesątëch ùszłégò wiekù.

Feliks Lôska (Laska) ùrodzył sã w 1911 rokù w Cësewiu k. Kôrsëna w kaszëbsczi familii Damiana i Joanë z domù Cieślińsczi. Czedë knôp miôł trzë lata, wëbuchła I swiatowô wòjna, chtërna wzãła mù òjca. Damión Lôska zdżinął w 1915 rokù, czej służił w prësczi armii. Félk dobrze sã ùcził, béł robòcy i pòsłëszny. Mëmka Joana radzëła mù, żebë òstôł szkólnym. W 1932 rokù bëniel skùńcził Seminarium dlô Szkólnëch w Tuchòlë, a pòtemù przeszedł roczny kùrs wòjskòwi w szkòle pòdchòrążëch w Grëdządzu. Robòtã pedagògiczną rozpòczął jakò szkólny kòntraktowi w Chòjnicach (czerownikã pòwszechny szkòłë béł wtenczas Stanisłôw Paprocczi, a pózni Czesłôw Wëcech). Pò trzech latach dostôł robòtã szkólnégò w Zelony Chòcënie kòle Lëpińcòw na Gòchach, a w 1937 rokù przenieslë gò do Łãga.

 

22. Jarmarczne reklamy. Kazimierz Ostrowski

 

W czasach PRL-owskich nasze miasta pełne były natrętnej propagandy. Mam kilka zdjęć z Chojnic z ulicznymi hasłami, oto niektóre z nich: „Imię i dzieło Lenina będą żyć wiecznie”, „Umacniajmy władzę ludową – podstawową zdobycz naszego narodu”, „Uchwały V Zjazdu PZPR programem poprawy warunków bytu ludzi pracy i rozwoju Polski”. To ostatnie znajdowało się w zakładowym ośrodku wypoczynkowym w Charzykowach, widocznie ludzie nawet na plaży mieli pamiętać, kto się o nich troszczy.

W moim mieście, tak jak w całej Polsce, dużo się zmieniło w minionych dwudziestu pięciu latach. Socjalistyczne hasła nie tylko znikły, lecz zostały dawno zapomniane. Ale jak wiadomo, natura nie znosi próżni. W miejsce tamtych buńczucznych i ogłupiających sloganów pojawiły się inne tablice i płachty, nazywane dziś modnie – banery, słowem wszelkiego typu reklamy. Najpierw z pewną taką nieśmiałością, jakby z niedowierzaniem, że już wolno, potem coraz gęstsze i coraz większe, wielkie i coraz bardziej pstrokate. Prawdziwe transparenty kapitalizmu.

 

22. Jôrmarkòwé rozgłosë. Tłóm. Ana Różk

 

W czasach PRL-owsczich naje miasta fùl bëłë ùprzikrzony propagandë. Móm jô czile òdjimków Chòjniców z zéwiszczama z ùliców, hewò pôrã z nich: „Imię i dzieło Lenina będą żyć wiecznie”, „Umacniajmy władzę ludową – podstawową zdobycz naszego narodu”, „Uchwały V Zjazdu PZPR programem poprawy warunków bytu ludzi pracy i rozwoju Polski”. To slédné bëło w zakładnym centrum wëpòczinkòwim w Charzëkòwach, widoczno lëdze nawetka na plażë ni mòglë miec zabëti ò tim, chto ò nich dbô.

W mòjim miesce, tak jak w całi Pòlsce, wiele sã zmieniło w ùszłëch dwadzesce piãc latach. Socjalisticzné hasła nié le zdżinãłë, ale i òstałë dôwno zabëté. Le jak je wiedzec, nôtëra nie lëdô pùstoscë. W môl taczich zadzérnëch i ògłëpiałëch sloganów pòkazałë sã jinszé tôblëce i płachtë, chtërne dzysô módno nazéwô sã – banerë, jednym słowã wszëlejaczégò zortu reklamë. Nôprzód z niesmiałoscą, jakbë z niedowierzanim, że ju je mòżna, pò tim corôz gãstszé, wiôldżé i corôz barżi bestré. Prôwdzëwé transpareńtë kapitalizmù.

 

24. Świat woli być oszukiwany... Stanisław Salmonowicz

 

Jeżeli żyjemy w spokoju, a nawet w nieco nudnym samozadowoleniu, to nie lubimy, gdy ktoś chce nas z miłej drzemki brutalnie budzić.

Już mistrz greckich tragedii Sofokles (V wiek p.n.e.) ostrzegał, że „nikt nie lubi zwiastuna złych nowin”. Wiadomości, które są nam przykre czy niewygodne, staramy się po prostu ignorować, nie przyjmujemy ich do wiadomości, a autora takich nowin, w ten czy inny sposób, będziemy dezawuować, dowodzić, że nie ma racji, że jest źle poinformowany, że przesadza, a może jest na czyimś (zawsze obcym!) żołdzie? Stąd już w starożytnym Rzymie powstała, nieznanego autora, pesymistyczna paremia, która po łacinie brzmi tak: „Mundus vult decipi, ergo decipiatur!”, co w przekładzie polskim brzmi tak: Świat chce być oszukiwany, więc go oszukujmy!

Ukazała się książka głośnego przed wojną dziennikarza i pisarza arcykrakowskiego, Zygmunta Nowakowskiego, zawierająca jego reportaże z Niemiec w pierwszych miesiącach rządów Adolfa Hitlera. Nim jednak parę słów o tej książce, chciałbym wskazać na kilku przykładach, że problem niechęci takich czy innych kół wpływowych do przyjmowania do wiadomości informacji złowrogich, wymagających od nich jakichś trudnych decyzji, jest problemem odwiecznym.

 

26. Kòléj nié leno na latawiskò. Sławomir Lewandowski

 

W slédnëch tidzeniach głosno sã zrobiło ò Pòmòrsczi Metropòlitalny Banie. Tim razã rozgłos miôł przirodã we wiôldżi mierze negatiwną. Inwesticjô realizowónô przez samòrządzënã pòmòrsczégò wòjewództwa stała sã témą m.jin. samòrządzënowi welowny kampanii. Wedle pòzdrzatkù niechtërnëch pòlitików inwesticjô ta je niedoprôcowónô, pòjawiłë sã nawetka głosë, że nowô banowô liniô nie mdze przënôleżno służëc pasażéróm. Wskôzywelë téż zanadto môłą przewidiwóną czãstotlëwòsc jeżdżeniô cugów, niesygającą wielënã przejazdów w stronã Gdini, a nawetka béł przékòwóny cwëk sami bùdacji, tec z centrum Gduńska do latawiska w Rãbiechòwie chùtczi mòże dojachac aùtołã.  

Równak nie je mòżno nie miec wrażeniô, że wikszosc òsób, jaczé pòdjimnãłë sã kriticzi ny inwesticji, nié do kùńca rozmieje ji znaczenié. Kriticë mielë na bôczënkù przede wszëtczim sztëk drodżi Wrzészcz – Lotniczi Pòrt. Kò jednym z célów bùdowë Pòmòrsczi Metropòlitalny Banë je przewòzënk pasażérów na latawiskò w Rãbiechòwie i z negò latawiska. Ale to je leno jedna przëczëna, dlô jaczi òstała pòdjimniãtô decyzjô, cobë wëdac wnetka miliard złotëch na nã inwesticjã.

 

28. Zdatny i piãkny, bò z Czësti Wòdë. Eùgeniusz Prëczkòwsczi

 

Przódë colemało gôdóné bëło Czëstô Wòda, dzysô mòże wiãcy sã rzecze Piôszczëna, chòc – jak ùwôżô môlowi bismón Bòlesłôw Prondzyńsczi – Kaszëbi dali rôd ùżiwają ti pierszi nazwë. A wzãło sã to bòdôj stąd, że miała tam bëc przódë tak dobrô wòda, że lëdze pòtrafilë to wëzwëskac nawetka do robieniô sznapsu ze sliwków. Kò wiedno to dôwało jaczis wzątk. A prôwdą je, że ze wsë je wszãdze dosc dalek. Robòtë za wiele nie bëło, tej trzeba bëło sã radzëc.

I tak je do dzys. Kòle szescset mieszkańców Czësti Wòdë – Piôszczënë dobrze wié, co znaczi robòta i gòspòdarnosc, a szpòrt do te mët. Przed wòjną wies nôleża do Miemców. Grańca z Pòlską bëła le dwa kilométrë dali. Wszãdze – i pò ti, i pò drëdżi stronie – mieszkelë Kaszëbi. Dobrze sã znelë. Bëlë krewny, drëszëlë sã, żenilë. Tej so téż nawzôj pòmôgelë. A że pò dwùch stronach béł jinszi dëtk i jegò wôrtnota, tej i Kaszëbi dobrze pòtrafilë so òbrechòwac wzątk, tak żebë kòżdi miôł zwësk. Ta ùczba sedzy w lëdzach do dzys. Prondzyńsczi je tegò nôlepszim przikładã. Wiész të, mie sã czedës czile razy sniło baro wiele pieniãdzy. Në i wejle terô to sã zjiscëło – smieje sã.

Pò prôwdze je òn jednym z machtniészich bismónów (biznesmenów, pòdjimców – dopis. red.) w całim pòwiece bëtowsczim, a ju gwësno w gminie Miastkò, do jaczi przënôlégô Piôszczëna leżącô przë krajowi drodze z Bëtowa do Miastka. Prondzyńsczi mô wiôlgą firmã, co sã zajimô bùdowizną. Wôrt pòdczorchnąc, że piãkno i baro chãtno gôdô pò kaszëbskù. Znóny je téż z bëlnégò dzejaniégò w parce Kaszëbskò-Pòmòrsczégò Zrzeszeniô w Miastkù, a wiele Kaszëbów widzy gò kòżdégò rokù na òdpùsce w Swiónowie, dze chòdzy piechti z miastecką kómpanią.

 

30. 10-lecé Radia Kaszëbë

 

„Jesmë dlô waju. Radio Kaszëbë!” – òd 18 gòdnika 2004 rokù je czëc w wiele pòmòrsczich dodomach. Prawie tegò dnia pierszé słowa pò kaszëbskù rëgnãłë w radiowi eter ze sztudia we Wiôldżi Wsy.

Òd te czasu jaż do dzysô Kaszëbi mają swòjã radiową rozsélnicã. Nôprzód blós z jednym nadajnikã na wieżë wielżińsczégò kòscoła, ale ju rok pózni nadôwającą z profesjonalnëch wieżów w Górnym Rekòwie i Chwaszczënie, a òd 2008 rokù téż w Kòscérznie.

Mie sã sniło taczé radio, òdkądka jô òbezdrzôł w lëpińcu 1993 rokù pierszi dzélëk serialu „Przystanek Alaska” – gôdô Artur Jabłońsczi, załóżca Radia Kaszëbë. Takô môłô spòlëzna, a mielë swòje radio i Chrisa, chtëren reno w reno bùdzył wszëtczich do żëcégò. Jem wnenczas pòmëslôł, że nick tak nie zbùdëje najich môlowëch, etniczno-kùlturowëch parłãczów, jak kaszëbsczé radio. W tim czasu prawie pòwsta Krajowô Radzëzna Radiofònie i Telewizje (1993 r.) i miało plac tak pòzwóné „ùwòlnienié” pierszich czãstotlëwòsców w demòkraticzny Pòlsce. Robił jem tej w TVP Gduńsk i miôł pòpiarcé Tómka Herrmanna, redaktora lokalnégò wielżińsczégò pismiona „Gazeta Nadmorska”.

 

31. Kaszëbskô knéżka dlô nômłodszich. red.

 

Ùczëc przez zôbawã – pewno prawie taką ùdbã miałë aùtorczi farwny ksążeczczi Réza Francka. To cos czësto nowégò w wëdôwnym bédënkù Kaszëbskò-Pòmòrsczégò Zrzeszeniô. Ùsôdzk dlô dzôtków do ùczeniégò sã pierszich słów pò kaszëbskù. Dzãka kartónowi knéżce rôczimë nômłodszich do czekawégò kaszëbczégò swiata, jaczi je fùl zwãków i farwów, a przede wszëtczim bëlny zôbawë.

 

31. Królewiónka w Pałacu ju 13. rôz!

 

Diktando Kaszëbsczégò Jãzëka latos òdbëło sã w Gimnazjum m. Kaszëbskò-Pòmòrsczich Pisarzów w Lëzënie. Ò title méstrów szło na miónczi jaż 196 ùczãstników. Tim razã młodi mùszelë biôtkòwac sã z ùtwórstwã Alojzégò Nôgla, a pòprawnosc pisënkù westrzód starszich òstała sprôwdzonô z pòmòcą tekstów Stanisława Jankégò.

Òrganizatorzë zagwësnilë bëtnikóm nié leno mòżlëwòtã pisaniô diktanda, ale téż wiele atrakcji. Na lëzëńsczi binie minikòncert dało karno Fucus a krótczi recital zaprezentowa Éwelina Pòbłockô – spiéwôczka pòchôdającô z Lëzëna, chtërnã mòżna bëło òbezdrzec w 4. edicji telewizyjnégò show The Voice of Poland.

 

32. W bibliotece. Róman Drzéżdżón, Danuta Pioch

 

Ksążka abò knéżka to pò pòlskù książka. Ksążczi (knéżczi) mòże kùpic w ksążnicë, tj. w księgarni, abò wëpòżëczëc z biblioteczi, tj. biblioteki.

Cwiczënk 1

Przeczëtôj gôdkã i przełożë jã na pòlsczi jãzëk. Wëzwëskôj do te słowôrz kaszëbskò-pòlsczi.

(Przeczytaj rozmowę i przetłumacz ją na język polski. Wykorzystaj do tego słownik kaszubsko-polski).

– Dobri dzéń!

– Nie rikôj tak głosno, tuwò mùszi cëszi kòta sedzec, a të rëmcëjesz jak kôter.

– Wëbaczë, jô w kam zabéł, dze më jesmë.

– W raju më jesmë.

– Dlô kògò rôj, dlô tegò rôj. Dlô mie, chcemë rzec, czëszczec, żebë nie rzec piekło.

– Cëchò bãdzë! Dlô czëtajków to je rôj. Òsoblëwie dlô taczich, jak jô – lubòtników kaszëbsczi pismieniznë. Kò prawie w ti bibliotece mòże nalezc wnetka wszëtczé ksążczi a gazétë, co pò kaszëbskù bëłë do smarë dóné.

 

34. Ratusz Staromiejski. Marta Szagżdowicz

 

Pogoda nie sprzyja długim spacerom, więc dziś odwiedzamy gościnną siedzibę Nadbałtyckiego Centrum Kultury – Ratusz Staromiejski w Gdańsku.

Gdańsk to miasto ratuszy. Każdy ośrodek miejski – Główne Miasto, Stare Miasto, Młode Miasto i Osiek – miał w średniowieczu osobną radę. Obecnie wystarczy nam jedna rada, a gromadzi się ona w tzw. Nowym Ratuszu przy Wałach Jagiellońskich 1. Ten stoi niewzruszenie od ponad stu lat przy ruchliwym skrzyżowaniu Hucisko. Flaga miasta powiewająca na szczycie przypomina mieszkańcom o funkcji budynku. Kolejny ratusz znajduje się oczywiście przy ulicy Długiej. Strzelista wieża przypomina o dawnej siedzibie rady Głównego Miasta – stąd nazywany jest Ratuszem Głównomiejskim. Dziś mieści się tu oddział Muzeum Historycznego Miasta Gdańska. Ale nasze kroki kierujemy w innym kierunku – na ulicę Korzenną 33/35. Tu znów natkniemy się na obiekt zwany ratuszem, tym razem Staromiejskim. Jest siedzibą Nadbałtyckiego Centrum Kultury i choć nie pełni funkcji muzealnej, jednak możemy wejść do środka (na dodatek bezpłatnie!) i pozwiedzać jego wnętrze.

 

35. Pòwelownô kòlãda. Tómk Fópka

 

I pò wëbòrach. Znôwù przë drogach stoją gòłé słupë, chòc tej sej jesz sztopòrczą jaczé plakatowé flëdrë , co z nima le wiater mô robòtã. Ti, co mielë wëgrac – wëgrelë. Jiny mògą za sztërë lata zôs spróbòwac szczescô.

Cekawé je, w jaczi spòsób ti, co chcą bëc wëbróny, trôfiają do welowników. Tec nié kòżdégò lëdze znają abò nie wiedzą, że prawie nen kandidëje.

Tak tej nôprzódka mùszi sobie bëlną mùniã na òdjimk wëszëkòwac. Niedzelny ancuch a szlips przërëchtowac. Nawetkã, żlë co cë tã mùniã szpacy, òni to w kòmpùtrze w jaczi fòtoszopie gwësno wëproscą. Terô le wiedzec, jaką minã zrobic, żebë dobrze skùtkòwało… Ti, co mają prosté zãbë – mògą sã ùsmiewac, leno nié za szerok, bò lëdze rzekną, że taczi mô co z głową. Za wiesoło mù je, a czasë są cãżczé. Z tim wëzdrzenim do òdjimka białczi mają dzél lżi. Kò je wiedzec, że codzénno sobie ùrodë dodôwają. Zdarzëc sã mòże, że pózni pòtkôsz taką z plakatu na miesce i… nie pòznôsz swòji radny.

 

 

36. Pruski trop. Jacek Borkowicz

 

Otoczona zielenią Borów Tucholskich, na uboczu szosy do Tlenia, skrywa się mała wioska Pruskie. Określenie „skrywa” nie jest retoryczną przesadą – żeby się o tym przekonać, wystarczy tutaj zajechać. Kilkanaście gospodarstw odwróciło się od drogi i jakby przylepiło do linii lasu. Wygląda na to, że ich pierwsi mieszkańcy bardzo starali się nie rzucać w oczy postronnym osobom. I chyba im się to udało. Nawet dzisiaj nie zajrzy do Pruskich przygodny turysta: zewsząd tu nie po drodze.

Myliłby się ten, kto by kojarzył nazwę osady z dziedzictwem pruskiego zaboru. Na najstarszych pruskich mapach topograficznych brzmi ona nie z niemiecka, lecz identycznie jak obecna. Jest więc starsza niż polityczna obecność państwa pruskiego na tych terenach. Jak dawna? Nie mamy metryki wsi, ale możemy podejrzewać, że okoliczności jej powstania wyjaśnia właśnie jej nazwa. Bo prawdopodobnie założyli ją Prusowie.

 

37. Naprawmy też subwencję na kaszubski. Łukasz Grzędzicki

 

Od kilku lat nabrzmiewa problem wydatkowania subwencji oświatowej w związku z realizacją praw dzieci o szczególnych potrzebach edukacyjnych. Otóż samorządy terytorialne otrzymują z budżetu państwa spore kwoty w ramach subwencji oświatowej, ale wydatkują je na inne cele niż zaspokojenie potrzeb edukacyjnych tej grupy uczniów. Od lat problem ten zgłaszali na różnych forach głównie rodzice dzieci nie w pełni sprawnych, ale także organizacje mniejszości narodowych i Zrzeszenie Kaszubsko-Pomorskie. Samorządy kosztem dzieci niepełnosprawnych i ich rodzin oraz uczniów pobierających naukę języka kaszubskiego łatały swoje potrzeby budżetowe w innych niż oświata dziedzinach.

 

38. Kòlãdë

 

39. Nowi festiwal. Halina Malijewskô

 

W slédny weekend rujana Kwadratowa we Gduńskù wëfùlowała sã lubòtnikama fòlkòwi mùzyczi. To prawie w tim sztudérsczim klubie Gduńsczi Pòlitechniczi òstała zòrganizowónô pierszô edicjô festiwalu kaszëbëFEST. Rozegracjô mô promòwac westrzód mieszkańców Trzëgardu ùtwórstwò mùzyków môlowi binë, dlô chtërnëch pòdskôcënkã są Kaszëbë.

Gwiozdą imprezë bëłë Bubliczki – karno zwëskiwającé corôz wiãcy lubòtników w całi Pòlsce, jaczé zajistniało dzãka wëstãpòwi w pòlsatowsczim Must Be The Music. Jegò mòcą je ùtwórstwò òpiarté ò kaszëbską zamkłosc, òblokłé w ritmë bałkańsczi, cygańsczé i kaszëbsczé, to je… prôwdzëwé sparłãczenié etnozwãków.

 

39. Pò kaszëbskù w klubie PG. Adrian Watkowski

 

Pierszô edicjô festiwalu kaszëbëFest zdôwô sã pòcwierdzac, że młodémù pòkòleniu widzy sã sparłãczenié mòdernëch zwãków z tradicyjnyma melodiama i regionalnyma jãzëkama.

26 rujana do klubù Kwadratowa na festiwal òrganizowóny przez Kaszëbskò-Pòmòrsczé Zrzeszenié i Karno Sztudérów Pomorania przëszlë sztudérze, ale téż familie z dzecama. Bëło to pierszé tegò ôrtu wëdarzenié i mòże dlôtë ceszëło sã tak wiele gòscama. Niechtërny przëjachelë zza grańcë, na przëmiôr ze Szwédzczi, jak Agata Rogala. Wedle mie wcyg baro mało sã robi, żebë pòkazac lëdzóm folk. Jô przejacha tuwò le na to wëdarzenié, bò rzôdkò sã zdôrzô, żebë mòżna bëło pòsłëchac tegò ôrtu mùzyczi – pòdsztrichiwô w kôrbiónce z nama.

 

40. Harpagan w kaszëbsczich lasach. Maya Gielniak

 

Ju òd 25 lat w naszi òbéńdze je robiony Ekstremalny Rajd na Orientację HARPAGAN. Mòże w nim brac ùdzél dwa razë òb rok: na zymkù i òb jeséń. W latosy, jesénny edicje tegò wëdarzënkù na kòłowëch (200, 100 i 50 km) i piechtnëch (100, 50, 25 i 10 km) stegnach jibòwało sã wnetka 1400 sztëk lëdzy. Titel Harpagana dostało 92 miónkarzów.

 „Tëlé më wiémë ò se, na wiele naju sprawdzą” – taczé mòtto przëswiecywô rajdowi na òrientacjã Harpagan, jaczégò ideą je dobëcé słabòtów i sprôwdzenié grańcë gwôsny wëtrzëmałoscë. Kòżdô z edicjów Harpagana, parłączącégò w se dzéle piechtny i kòłowi turisticzi, je w jinszim môlu. Ta wëpadła w Lëpùszu. Harpagan je rajdã na òrientacjã. Jegò bëtnicë dostôwają wnet przed startã kôrtã z nacéchòwónyma kòntrolnyma pùnktama. Drogã midzë pùnktama kòżdi céchùje so sóm, z pòmòcą ti kôrtë i kómpasa. Kòżdô fela w planowanim i nawigacje brzadëje wëdłużenim turu, na jaczégò zwënégã mô sã wëznaczony czas. Na przëmiôr na pòkònanié 100-kilométrowi piechtny turë mô sã 24 gòdzënë. W tim cządze rokù to òznôcziwô, że zachtny dzél stegnë jidze sã òcemnicą. Ni ma przerwë na spanié czë dłëgszé òdpòcznienié. Je to doba marachòwaniô, doba mierzeniô sã ze słabòtama, ùmãczenim, mòrzenim spikù. W ekstremalnëch warënkach, w nieznóny òbéńdze. Doba mòklëznë, bólu nogów, òdtłoków na nogach. Pôlącëch òczów, zmògłëch kòlanów. I mùszëbnotë skùpieniô sã na nawigacje, òbserwòwanim kôrtë i kómpasu, pilowanim drodżi. Próba mòżlëwòtów gwôsnégò òrganizmù. Na tim pòlégô ekstremalnosc tegò rajdu, a téż jegò niezwëkłota. I ni ma tuwò przegrónëch. Dobëtnikama sã wszëtcë, co mielë òdwôgã wëstartowac, niezależno òd te, jaczi distans pòkònelë. Ale titel Harpagana zastrzeżony je dlô nôtwiardszich, dlô tëch, co mieszczącë sã w wëznaczonym czasu, dobãdą nôbarżi drãdżé turë: 100 km piechti, 200 km na kòle abò sztur kómbinowóny: 100 km na kòle i 50 piechti.

 

42. Z uczty na ucztę. Maria Pająkowska-Kensik

 

Niekiedy tak bywa, że święto nie jest takie osobne, wyróżnione z codzienności, lecz podwójne, jakby tego pierwszego było mało. W polskiej kulturze najważniejsze święta religijne są właśnie podwójne, nawet były kiedyś dwudniowe Zielone Świątki. Kto bywa za granicą, wie, że tam jest inaczej. Chrońmy naszą odświętność przekładaną na nastrój unoszący w górę… wzmacniający siłę ducha i pozwalający czekać (w samym oczekiwaniu bywa połowa przyjemności) na kolejne święta.

W połowie listopada cztery kolejne dni tygodnia zamieniły się dla mnie w ciekawe święta. Najpierw w Rulewie (które pamięta barwną postać Barnima Rulewskiego i Jana Rulewskiego pamiętnego działacza Solidarności z Bydgoszczy, obecnie senatora), w jednym z najpiękniejszych zespołów pałacowo-ogrodowych w Borach Tucholskich – jak podaje informator – zorganizowano konferencję poświęconą ochronie krajobrazu (przyroda i kultura). Położony u wrót Borów Tucholskich (w części wpisanej w nasze Kociewie) czterogwiazdkowy hotel Hanza Pałac był świetnym miejscem spotkania przyrodników i ludzi kultury z Polski.

 

43. Mali szurek pod chójka – na Boże Narodzanie. Zyta Wejer

 

Jidó najpiankniejsze Śłanta. Narodzi sia tan, chtórnygo oczekiwelim mi ludzie bez całke wjeki. Jak łón, tan Bóg-Dziecina, sia narodziył, żam zaczani rachować czas łod nowa. Tera mómi 2014 lat po jego narodzaniu. To jego narodzanie otworzyło nóm nowe spojrzenie na żicie tu na ziamni, ale ji po śmniyrci. Narodzanie we żłobie to był jano początek. Ale mi tan początek durcham śwjantujim ji jak czas Bożygo Narodzania mninie, to nóm sia robji smutno ji wiglóndómi nowych narodzinów. Ale latosiygo roku pod chójką naleźlim małego szurka – Kacperka, co sia jakobi narodziył zez Panam Jezusikam, co leży na sianku, ji słucha jak mi mu srodze pjanknie śpsiywómi ty kolandi: „Lulajże Jezuniu, lulajże, lulaj!!!”. A ti nasz Kacpusiu sia tysz łutulaj!

 

44. Gody. Waldemar Mierzwa

 

Godami lub godnymi świętami nazywano na Mazurach dni od Bożego Narodzenia do Objawienia Pańskiego (Epifanii), w tradycji polskiej zwanego potocznie świętem Trzech Króli. Ostatnia niedziela przed Adwentem, czyli czasem przygotowania na powtórne przyjście Pańskie, poświęcona była na Mazurach pamięci zmarłych i zwano ją Dniem Wieczności. Erwin Kruk zauważa w Szkicach z mazurskiego brulionu, że „czas adwentowy przypominał człowiekowi, że jest istotą żyjącą na pograniczu dwóch światów: między tym, co już się wydarzyło, a tym, co ma jeszcze nastąpić. To był ten wymiar religijny, swoista fizyka i metafizyka mazurskiego świata. Łączył on, mówiąc w uproszczeniu, narodziny Dzieciątka z pamięcią o swoich umarłych i własnym życiu”.

W wigilię Bożego Narodzenia prace kończono przed zapadnięciem zmroku. Wieczorem siadano przy stole przykrytym lnianym obrusem, stawiano na nim świecę, a gospodarz odczytywał fragment z Biblii o Bożym Narodzeniu albo stosowną część postylli, czyli zbioru kazań przystępnie komentujących to wydarzenie. Aż do początku XX wieku w mazurskich domach nie stawiano świątecznych drzewek i nie obdarowywano się prezentami.

 

46. Listy

 

48. Dlaczego zostałem Kaszëbą? Kazimierz Kozłowski

 

Moi dziadkowie tak po linii matki (Dionizy Sawicz), jak i ojca (Dominik Kozłowski) byli przed pierwszą wojną światową i w jej trakcie dzierżawcami kilkusethektarowych folwarków na Wileńszczyźnie. Z opowiadań babć – Wandy i Józefy – wiele się dowiedziałem o ich przeżyciach, doświadczeniach i refleksjach. Dziadek Dionizy zmarł krótko po pierwszej wojnie światowej (miał ok. 40 lat), osierocił troje dzieci. Babcia Wanda sprzedała dość duży majątek ruchomy (kilkadziesiąt krów, koni, owiec) za polskie marki, które wkrótce straciły wszelką wartość. Babci i jej dzieciom – mojej przyszłej mamie Mariannie, cioci Zofii i wujkowi Zygmuntowi – niełatwo było funkcjonować w nowej rzeczywistości w niepodległej ojczyźnie. Dziadek Dominik żył dłużej, zmarł bowiem w wieku 50 lat. Babcia Józefa zamieszkała z rodziną, którą założył jej syn Józef – mój ojciec.

We wrześniu 1939 r. mój ojciec jako sołtys w gminie Jazno powiat Dzisna miał być sądzony przez uformowany po 17 września sąd ludowy. Gdy ojciec się dowiedział, że „sąd” wydał wyrok śmierci na drogomistrzu i gajowym (także „funkcjonariuszach sanacyjnych”) i że ten wyrok został wykonany, uciekł na Litwę, gdzie był zakrystianem u znajomego księdza. Moja mama z babcią Wandą i dwójką mojego starszego rodzeństwa musiała się borykać z powszechnie znanymi uwarunkowaniami radzieckiej okupacji okresu 1939–1941. Było to tym bardziej trudne, że jej siostra, a moja ciocia Zofia została aresztowana i wywieziona do Tobolska (z Syberii wróciła w 1945 r.). Gdy w 1941 r. wkroczyli Niemcy, ojciec wrócił do naszych Podlipek i w warunkach okupacji niemieckiej nadal prowadził 15-hektarowe gospodarstwo. W końcu 1943 r. udało mu się uciec z łapanki mężczyzn, których Niemcy gromadzili celem budowy fortyfikacji w obliczu nacierającej Armii Czerwonej. Mama z nami (bo 13 października 1942 r. przyszedłem na świat) znowu wspólnie z babcią musiała sprostać wymogom tragicznego czasu. Ojciec wrócił w 1944 r. i niezwłocznie podjął starania, aby – w obliczu sowietyzacji – wyjechać z ojcowizny do Polski w nowych granicach.
 

52. Z drugiej ręki

 

54. Lektury

 

57. Profesorskô rechòwnica. rd

 

Chtëż jesz rozmieje na rechòwnicë rechòwac? Pewno pòkòlenié 40 plus, żlë nie spało na ùczbach matematiczi w spòdleczny szkòle, wié, jak ne gùzë przesëwac, bë na przëmiôr òbrachòwac, kùli je piãc razë trzënôsce. Dzysdniowi szkòlôce mają ju jinszé nôrzãdła rechòwaniô, chòcbë kalkùlator abò kòmpùtr, a rechòwnica pòkazywónô je w szkòłach jakò czekawòstka.

 

58. W Japónie z kaszëbską lëteraturą. Grégór J. Schramke

 

„Czerëjema sã na nordowi pòrénk. Do fligrowiszcza je jesz wiãcy jak 5500 mil ë cos kòl 10 gòdzyn leceniô” – tak wëzdrzi jeden z pierszich wpisënków w mòjim dniownikù z rézë do daleczi Japónie. Całô ta wanoga tak pò prôwdze sã zaczãła wiãcy jak pół rokù nazôd. Tej to, pòd kùńc gromicznika, Motoki Nomachi, znóny kòl naju slawista z Japónie, jaczi m.jin. zajimô sã kaszëbsczim jãzëkã, zapitôł mie, czë jô bë chcôł pòlecec do Tokio na nôùkòwé zéńdzenié ò westrzédno- a pòrénkòwòeùropejsczi lëteraturze ë miec tam wëkłôd ò nônowszi kaszëbsczi pismieniznie. Ë tak to wej, 25 séwnika, ùbarniony w laptop z referatã, prezentacją w PowerPoince, ekstraktã z referatu do wëdrëkòwaniô dlô słëchińców, wëbrónyma wiérztama kaszëbsczich pòetów a jich dolmaczënkama na anielsczi (bë z tegò zrobic przełożënk na japóńsczi), jem z Gduńska bez Frankfùrt pòlecôł na wnetk skrôj swiata.

 

62. Klëka

 

67. Pëlckòwsczé kalãdarium, to je, ò jaczich wôżnëch datach kòżden bëlny Pëlckòwiôk w 2015 rokù mùszi pamiãtac. Rómk Drzéżdżónk

 

Wczerô przënëkôł dó miã mój lubòtny drëch brifka a na nick nie żdającë, jak z maszingiwerë wëstrzélôł dó miã strëgą słów:

– Sadôj, drëszkù, łep nie stodoła, rozëm nie stëdniô, môg nie wikipediô, człowiek nie je w sztãdze wszëtczégò spamiãtac. Temù ma dwaji, tuwò a terô, dzysô, chòc jesz je gòdnik 2014 rokù, mùszimë zrëchtowac PËLCKÒWSCZÉ KALÃDARIUM na rok przińdny, to je 2015!

– A za czim? – òdrzekł jem zgniéło.

– Jô cë tegò prosto nie wëklarowôł? – rozgòrził sã brifka. – Kò më, Pëlckòwiôcë, pamiãc mómë dobrą, le krócëchną jak swiãtojanowô noc, tej nót je wszëtczima Pëlckòwiôkama ju terô dac do wiédzë, cëż më swiãtowac mómë.

 

68. Zaklęta królewianka. Andrzej Busler

 

W tym roku minęła 30. rocznica śmierci Lecha Bądkowskiego (1920–1984). Ten zasłużony Pomorzanin jest znany m.in. jako autor wielu książek i artykułów publicystycznych. Czytelnicy mniej wiedzą zazwyczaj o jego twórczości dla najmłodszych. W latach 50. ubiegłego wieku Lech Bądkowski został pozbawiony prawa wykonywania zawodu dziennikarskiego przez władze komunistyczne. Zanim skupił się przede wszystkim na twórczości literackiej, przez krótki okres pracował w gdańskim Teatrze Miniatura. To właśnie w tym czasie stworzył kilka utworów dla dzieci, m.in. bajkę „Zaklęta królewianka”. W lipcu 1959 roku oparty na tym utworze spektakl, w reżyserii Natalii Gołębskiej, miał swą premierę w Miniaturze. Także w tamtym roku Wydawnictwo Morskie wydało wspomnianą bajkę Bądkowskiego, a sztuka oparta na tym dziele ukazała się nakładem Wojewódzkiego Domu Twórczości Ludowej w Gdańsku.

 

Joomla Templates - by Joomlage.com