Rozmiar czcionki:

W majowej i czerwcowej "Pomeranii" opublikowaliśmy dwie części artykułu Pana Kazimierza Ostrowskiego "Kartki z życiorysu nauczyciela". Niestety, ukazała się tylko część pierwsza i ostatnia, zabrakło środkowej. Wydrukujemy ją w numerze wrześniowym, natomiast na naszej stronie już teraz prezentujemy całość artykułu. Za pomyłkę i spowodowane nią zamieszanie serdecznie przepraszamy zarówno Autora, jak i naszych Czytelników.

Kartki z życiorysu nauczyciela

85 lat temu w Niemczech, na terenach zamieszkałych przez mniejszość polską – na Pograniczu krajeńskim, na Kaszubach bytowskich, na Powiślu i Warmii – zaczęły powstawać pierwsze polskie szkoły. Były to placówki niezwykle ważne dla Polaków otoczonych przez żywioł niemiecki i brutalnie germanizowanych, a walka o ich trwanie wymagała prawdziwego heroizmu. Niestety, często kończyła się przegraną.

 

Jak trudne było wychowywanie w tych okolicznościach młodych Polaków pokazują losy także młodego wówczas nauczyciela Adama Kołodzieja. Sześcioletnie zmagania – najpierw na Krajnie, później na Warmii – stanowiły bodaj najważniejszy etap jego nauczycielskiej drogi. W 1969 r. opisał on swoje doświadczenia sprzed lat w opracowaniu pt. Wspomnienia walki o szkołę polską, które złożył w maszynopisie w Ośrodku Badań Naukowych im. Wojciecha Kętrzyńskiego w Olsztynie. Kopia tego materiału zachowała się w zbiorze pamiątek po ojcu u Jerzego Kołodzieja w Chojnicach, skąd pochodzą cytowane w artykule wypowiedzi.

 

Z Polskiej Wiśniewki w świat

Po zakończeniu I wojny światowej, gdy odradzała się niepodległa Polska, mieszkańcom Polskiej Wiśniewki (dziś Starej Wiśniewki) nawet nie przychodziło do głowy, że ziemia złotowska zostanie od Macierzy oddzielona. Panowało przekonanie, że linia kolejowa Chojnice – Piła, a wraz z nią cała Krajna, znajdzie się po polskiej stronie granicy. Traktat wersalski postanowił jednak inaczej, ponoć na skutek dyplomatycznych zabiegów Hohenzollernów – takie wieści rozeszły się po okolicy. Rozgoryczenie było wielkie, wszak Złotowszczyzna od wieków była na wskroś polska!

Adam Kołodziej, urodzony w Polskiej Wiśniewce w 1904 roku, w rodzinie Symplicjusza i Zofii, właścicieli dużego i dobrze prosperującego gospodarstwa rolnego, wspominał po wielu latach, że dorastał w środowisku prawie w stu procentach polskim; na obrzeżu wsi żyło zaledwie kilka rodzin niemieckich. W szkole podczas przerw rozbrzmiewała polska mowa, a nauczyciel tylko wobec spodziewanej wizytacji prosił: Kinder, spricht doch deutsch. Polacy nawet w mieście powiatowym swobodnie porozumiewali się w swoim języku. W domu ojciec i dziadek uczyli mnie historii, przed portretem Kościuszki ojciec opowiadał o czynach tego wodza. Miłość do ojczyzny zaszczepiały wieczorne pogadanki w domach ze starszymi. Korzystałem ja i moi rówieśnicy z polskiej biblioteki parafialnej, lecz po wojnie nasz proboszcz Pozorski został zmuszony do przyjęcia polskiej opcji, zatem do opuszczenia Pogranicza i Niemiec.

Szesnastoletni chłopak postanowił wówczas zostać polskim nauczycielem. Z przepustką graniczną pojechał do Polski i podjął naukę w Seminarium Nauczycielskim w Tucholi. Spotkał tam grupkę młodzieży z rodzinnych stron. Każdorazowy wyjazd do domu na święta czy na wakacje napotykał na trudności, Niemcy odsyłali bowiem uczniów z powrotem do Polski. Wobec tego polskie władze nadały słuchaczom ze Złotowa i okolicy obywatelstwo polskie, odtąd mogli przekraczać granicę na podstawie paszportu. Ale i tak w ostatnim roku nauki Adamowi odmówiono zezwolenia na wjazd do Niemiec, w ramach retorsji, ponieważ polskie władze nie wpuściły do Polski niemieckiego nauczyciela z Wiśniewki. Dopiero po stanowczej interwencji ojca w urzędzie powiatowym w Złotowie świeżo dyplomowany nauczyciel mógł przyjechać do domu rodzinnego.

Był rok 1926. Marzył o pracy z dziećmi w rodzinnej okolicy, lecz tam były wyłącznie szkoły niemieckie. Pozostał więc w Polsce. Pierwszą pracę otrzymał w wiejskiej szkółce w Drzewcach koło Międzychodu, w Wielkopolsce. Poświęcał szkole cały swój czas, wiedzę i umiejętności, nabywał doświadczenia.

Nową perspektywę dla siebie dostrzegł niespełna trzy lata później. Po długotrwałych staraniach Związku Polskich Towarzystw Szkolnych w Niemczech 31 grudnia 1928 r. sejm Rzeszy uchwalił tzw. ordynację dotyczącą szkolnictwa dla mniejszości narodowych. Przyjęta została przede wszystkim w obawie o los mniejszości niemieckiej w Polsce, lecz stanowiła prawną podstawę do tworzenia polskich szkół w Niemczech. Adam Kołodziej niezwłocznie zgłosił gotowość do powrotu jako autochton na ziemię złotowską i podjęcia pracy pedagogicznej w wyznaczonej placówce. Skierowano go do Rudnej, w gminie Złotów, ale objęcie stanowiska kierownika szkoły opóźniał brak zezwolenia na przyjazd z Polski. Wreszcie zabiegi Związku Polaków w Niemczech przyniosły skutek i 5 czerwca 1929 r. mógł rozpocząć pracę z 17 uczniami z polskich rodzin.

 

Ukochana Krajna

Był szczęśliwy i pełen zapału, traktował tę pracę jako swoje patriotyczne zadanie. Szczególnie dbał o podniesienie poziomu znajomości ojczystego języka, starannie nauczał historii i geografii, różnymi sposobami rozbudzał miłość i przywiązanie do Polski. Dużą wagę przykładał do śpiewu. Starszych uczniów przygotowywał do korespondencji z młodzieżą w Polsce. Nie szczędził czasu na pracę poza szkołą. Z młodzieżą zrzeszoną w organizacjach znalazł wspólny język; dziewczęta i chłopcy chętnie i aktywnie uczestniczyli w zajęciach kulturalnych lub sportowych. Czuł, że jest wśród swoich, że jest lubiany i szanowany, a to było dlań największą satysfakcją. Od konsula RP w Pile, dr. Kazimierza Szwarcenberg-Czernego otrzymał polecenie skontaktowania się ze starostą w leżącym tuż przy granicy Wyrzysku, miał od niego uzyskać pomoc finansową, która by umożliwiła utrzymanie szkół polskich na Pograniczu. Ojciec jednego z uczniów, Franciszek Zych, bez wahania i zbędnych pytań użyczył mu w tym celu swego pojazdu, dzięki czemu mógł wypełnić powierzoną misję.

Po roku został przeniesiony do nieodległej Starej Świętej, w tej samej gminie. Został przyjęty tak samo serdecznie, jak w poprzedniej miejscowości, zwłaszcza gdy zajął się pracą kulturalno-oświatową. Opiekował się liczącą ok. 30 osób organizacją młodzieży i dorosłych, prowadził czterogłosowy chór mieszany. Za podstawę pracy wychowawczej przyjął stały kontakt nauczyciela z domem uczniów. Tak w pierwszej, jak i w drugiej szkole kilkakrotnie wizytowali jego zajęcia m.in. polski wizytator M. Brasse z Berlina oraz schulrat (inspektor) Konrad ze Złotowa. Ten ostatni był życzliwie ustosunkowany do polskich szkół i nauczycieli, choć sam nie znał języka polskiego.

Podczas Święta Pieśni w Zakrzewie, w którym brały udział wszystkie polskie chóry z powiatu złotowskiego, zakrzewski proboszcz ks. dr Bolesław Domański – przez Polonię nazywany Księdzem Patronem, oraz Jan Baczewski – wybitny działacz polonijny z Warmii i ówczesny prezes Związku Polskich Towarzystw Szkolnych, zaprosili Adama Kołodzieja na rozmowę. Zaproponowali mu, aby od nowego roku szkolnego 1931/32 podjął pracę w szkole w Drożyskach Wielkich, w gminie Zakrzewo. W wiosce tej mieszkała zamężna siostra Adama, która miała dzieci w wieku przedszkolnym, a wkrótce miały zostać uczniami polskiej szkoły. Drożyska Wielkie były w większym stopniu niż inne wioski zgermanizowane i trudniej było w tym środowisku pozyskać uczniów, a spadek ich liczby poniżej minimum groził likwidacją szkoły. Darzony wielkim autorytetem ks. Domański, który wkrótce został wybrany prezesem Związku Polaków w Niemczech, przychodził na zebrania rodzicielskie, stale dzielił się z młodym kierownikiem troską o utrzymanie tej ważnej polskiej placówki.   

Pewnego razu szkołę w Drożyskach Wielkich wizytował przedstawiciel wydziału oświaty rejencji w Pile dr Sowade. Nakazał dzieciom wyłożyć na ławki książki i przybory szkolne i dokładnie wszystko przeglądał. U ucznia Franciszka Lacha znalazł gramatykę polską, która była własnością nauczyciela Kołodzieja. Na zapytanie, skąd ma tę książkę, chłopak odpowiedział, że zabrał ją swemu ojcu. Uczeń mówił prawdę, gdyż jego ojciec wypożyczył ów podręcznik od nauczyciela. Tym razem więc niebezpieczeństwo minęło, wizytator nie mógł nauczycielowi odebrać prawa nauczania.

Ale szkoła w Drożyskach była wciąż solą w oku powiatowych władz. Mieściła się w lokalu wynajmowanym od Alojzego Lacha, ten zaś pobierał rentę inwalidzką w wysokości ponad 300 marek. Właściciela domu ciągle więc szantażowano, że renta zostanie mu odebrana, jeśli nie zabierze czworo swoich dzieci z polskiej szkoły. Straszono go, że jego dom stanie się obiektem nocnych napadów, dlatego dla obrony trzymał stale w mieszkaniu widły i siekierę. Trudno było taką presję wytrzymać. Wreszcie pod koniec marca 1934 r. otrzymał zawiadomienie na piśmie o wstrzymaniu wypłaty renty, wówczas uległ i wypisał swoje dzieci z polskiej szkoły. Liczba uczniów spadła poniżej siedmiu i szkoła została zlikwidowana. Dla Adama Kołodzieja oznaczało to zakończenie pracy na rodzinnej Krajnie.

 

Na świętej Warmii

Od 1 kwietnia 1934 r. objął posadę nauczyciela szkoły polskiej w Brąswałdzie na Warmii. Przedtem jednak został wezwany do Berlina na rozmowę z ambasadorem RP Józefem Lipskim, któremu przyrzekł, że będzie skutecznie bronił tamtejszej szkoły przed szczególnymi atakami i germanizacyjnym naporem. Była to bowiem jedyna szkoła polska (otwarta w 1931 r) w północnej części powiatu olsztyńskiego. Jak się miało okazać, nie było łatwo dotrzymać obietnicy. Dwa lata wcześniej Adam ożenił się z Kunegundą Przybyłką, panną ze swej rodzinnej Wiśniewki, pojechał więc do Brąswałdu z żoną. Wkrótce po przyjeździe na nowe miejsce urodziła się młodym małżonkom córka Krystyna.

Brąswałd (niem. Braunswalde) to stara wieś w malowniczej okolicy, położona zaledwie 8 km na północ od Olsztyna. Szkoła mieściła się w domu prywatnym J. Bartnika, naprzeciw domu rodzinnego Marii Zientary-Malewskiej, nauczycielki i pisarki warmińskiej. Rodzina murarza Augusta Zientary była prawdziwą ostoją polskości w tej wiosce i obrońcą kruchej, nieustannie zagrożonej placówki oświatowej. Kołodziej, jeśli opuszczał wieś, to zawsze informował Zientarów dokąd się udaje, a synowie murarza August II i Jan w potrzebie natychmiast po niego przyjeżdżali, także do sąsiednich wiosek. Na antypolskie ataki szczególnie narażone były trzy rodziny, dość chwiejne, jak się wydawało: Wieczorków, Kisielów i Kwiatkowskiej. Nie dawała im spokoju policja, niemiecki nauczyciel, niemieckie siostry zakonne i ksiądz, oczywiście schulrat z Olsztyna, dokuczały nawet starsze dzieci szkolne.

To była prawdziwa walka na wielu frontach – wspominał Adam Kołodziej. Księża w Brąswałdzie i Dywitach ograniczyli nabożeństwa polskie z trzech do jednego w miesiącu. W Brąswałdzie po nabożeństwie uczono starsze społeczeństwo modlitw w języku niemieckim. W obu kościołach podczas polskiego nabożeństwa w pierwszej ławce zasiadał policjant.

Wśród ludności polskiej nie brakło jednak odważnych i zdecydowanych obrońców języka i kultury ojczystej. Podobną rolę jak Zientarowie, w sąsiedniej wsi Kajny odgrywały rodziny Stanisława Żurawskiego i Moritzów, a w Dywitach Franciszka Wilkowskiego i Sowów. Młodzież pozaszkolna i starsi wraz z dziećmi chętnie gromadzili się w lokalu szkolnym w porze wieczornej. Dzieci popisywały się grą na mandolinach, nauczyciel uczył polskich pieśni ludowych i kościelnych. Przygotowywał także i wygłaszał pogadanki historyczne bądź na tematy aktualne.

Organista podczas polskich nabożeństw ograniczał się do gry na organach. Śpiew natomiast prowadziła Anna Żurawska z Kajn, nieulękła bojowniczka o każde dziecko dla polskiej szkoły. Była żoną Stanisława, rolnika i działacza, współzałożyciela „Rolnika” i Banku Ludowego w Olsztynie, którego gestapo w 1943 r. bestialsko zamordowało we własnym domu. Jego syn Alfons, student ostatniego roku na wydziale chemii uniwersytetu we Wrocławiu, działacz Związku Akademików Polskich, został ścięty w więzieniu w Berlinie – Moabicie. W obozie koncentracyjnym zginął także wspomniany Franciszek Wilkowski.

Nowy nauczyciel szybko wrósł w miejscową społeczność Brąswałdu, zapraszano go wraz z żoną w niedzielne popołudnia na spotkania towarzyskie do sąsiednich wsi. Ale i w takich okolicznościach bywał alarmowany o atakach dokonywanych na polską szkołę i na rodziny uczniów. Raz w tygodniu Adam podążał pieszo do pracy świetlicowej w oddalonym ok. 5 km Gutkowie. Nie zaczepiano go podczas tych wędrówek, ale był uważnie obserwowany, co dawano mu do zrozumienia różnymi sposobami, m.in. kołataniem do okien i drzwi mieszkania samotnej w tym czasie żony. Nauczycieli polskich Niemcy nazywali szpiegami.

Rodzina robotnicza Moritzów w Kajnach co roku przyjmowała na lato, od wiosny do jesieni, troje dzieci w wieku szkolnym z rodzin polskich w Westfalii. Dzieci te przywoziły z sobą podręczniki niemieckie, w których Polska była przedstawiona w złym świetle – kraj o niskiej kulturze życia codziennego, pełen brudu, i niechlujstwa. Kołodziej rozmawiał o tym z wicekonsulem polskim w Olsztynie i w efekcie Związek Polaków razem ze Związkiem Polskich Towarzystw Szkolnych zorganizowały wycieczkę dla dzieci z Warmii do Warszawy. Postarał się, aby z dziećmi pojechały trzy matki, sam zresztą opłacił koszt ich podróży. Matki bowiem najwięcej miały do powiedzenia w rodzinach w kwestii wychowania w duchu polskim. Kobiety wróciły z wycieczki bardzo zbudowane i opowiedziały na zebraniu rodzicielskim, jak kłamliwe i antypolskie są owe czytanki.

Stosunki między ludnością polską i niemiecką w wiosce były napięte, a główne zarzewie konfliktu stanowiła szkoła. Na porządku dziennym były ataki Hitlerjugend na polskich uczniów, z użyciem kijów i kamieni, a po każdym starciu następnego dnia w szkole zjawiał się policjant z oskarżeniami; niemieccy napastnicy nigdy jednak nie byli karani. Toczyła się uporczywa walka o przetrwanie szkoły, szło o każde dziecko. Niemieckie niewiasty nękały polskie domy, o których sądzono, że są chwiejne, nakłaniając do przeniesienia dzieci do szkoły niemieckiej. O każdej takiej próbie Zientarowie informowali nauczyciela, ten zaś podejmował skuteczne przeciwdziałanie. Na wszelki wypadek teczki z podręcznikami i przyborami szkolnymi były zamknięte w klasie na klucz.

Skoro nie udawało się wyrwać uczniów, szukano sposobu usunięcia kierownika szkoły. Pewnego razu, po jakimś wygranym konkursie radiowym, do szkoły przyszła spora paczka listów od dzieci mieszkających w Polsce, we wsi położonej u zbiegu granic trzech mocarstw z okresu zaborczego (Drei Keiser Eck – narożnik trzech cesarzy). Uczniowie z wielkim zajęciem czytali listy, ale już po godzinie – na skutek donosu z poczty – pojawił się inspektor szkolny. Adam przez okno dostrzegł zbliżającego się gościa i listy natychmiast znikły pod bluzkami. Schulrat wyprosił nauczyciela i prowadził badanie, czy listy do Polski były pisane w szkole, czy pod dyktando nauczyciela itd. Na szczęście dzieci niczego nie zdradziły, pretekst do wyrzucenia pedagoga okazał się chybiony. Ale na tym się nie skończyło, inspektor raz po raz niespodziewanie wpadał do klasy, kiedyś prawie przyłapałby nauczyciela na korzystaniu z polskiego śpiewnika. Innym razem powodem ataku stał się rzekomo niski poziom wiadomości z geografii Niemiec, choć inspektor przepytywał dwoje dzieci, które ledwo dwa dni wcześniej przybyły z Westfalii.

Siły w tej walce były jednak nierówne, władze Prus Wschodnich oraz powiatowe w Olsztynie dysponowały wieloma środkami nacisku. Przy drodze do Dywit i Olsztyna znajdowało się większe gospodarstwo rolne, w którym pracowała rodzina Kisielów z dwójką chłopców. Zgermanizowany właściciel gospodarstwa nakłaniał małżonków Kisielów do wycofania dzieci z polskiej szkoły, na koniec pod namową władz sięgnął po argumenty ekonomiczne – zwolnił z pracy najpierw żonę, potem męża i wyeksmitował rodzinę z mieszkania. Na szczęście Kisielom dał pracę i dach nad głową Żurawski w Kajnach, jednak mieszkanie należało przystosować do użytku, a roboty murarskie trzeba było wykonać potajemnie w porze nocnej. Chłopcy nadal mogli się uczyć w polskiej szkole w Brąswałdzie, ale nie trwało to zbyt długo.

Pod koniec wakacji w 1935 r. Adam Kołodziej został aresztowany za rzekome poplecznictwo i fałszywe zeznania na korzyść oskarżonego dyrektora Banku Polskiego w Olsztynie. Po tendencyjnie prowadzonej rozprawie Adam został skazany na 6 miesięcy więzienia, a faktycznie na 8, gdyż na poczet kary nie zaliczono mu dwóch miesięcy aresztu. Uwięzienie miało oczywiście tło polityczne, a zeznania świadków podczas procesu były jawnie kłamliwe. W więzieniu trzykrotnie odwiedził go konsul Marcinkowski z Olsztyna, lecz zrezygnował z dalszych wizyt, gdy żądano, by rozmowy prowadzone były po niemiecku. Współwięźniowie donosili Kołodziejowi o biciu i poniżaniu Polaków przez dozór więzienny, po jednym z takich drastycznych zdarzeń zażądał przyborów do pisania i wystosował skargę do konsula generalnego RP w Królewcu. Widocznie interwencja dyplomatyczna poskutkowała, gdyż szykany i przemoc wobec więźniów narodowości polskiej ustały.

Po aresztowaniu Kołodzieja nauczanie w Brąswałdzie prowadził co drugi dzień dojeżdżający nauczyciel Konrad Sikora. Wyznaczony bowiem na zastępstwo Józef Tomke długo nie mógł podjąć pracy z powodu braku pozwolenia władz pruskich. Niestety, dzieci Kisielów zostały wkrótce z listy uczniów wykreślone. Sprawie polskiej sprzeniewierzył się również Jan Bartnik, który w 1938 r. nie tylko wycofał swoje dwie córki ze szkoły polskiej, lecz także wypowiedział towarzystwu szkolnemu lokal szkoły oraz mieszkanie nauczycielowi Józefowi Tomkemu. Po siedmiu latach działalności szkoła polska w Brąswałdzie przestała istnieć.

 

Kołodziej po wyjściu z więzienia zmuszony był opuścić teren Prus Wschodnich i Rzeszy. Powrócił do Wielkopolski i w latach 1936–1939 ponownie pracował jako nauczyciel w miejscowości Drzewce, niedaleko granicy polsko-niemieckiej. Przykładał się do pracy najsumienniej jak potrafił, toteż w pamięci tamtejszych mieszkańców zapisał się dobrze. W 1945 r., kiedy po wyjściu z obozu koncentracyjnego na nowo podejmował pracę nauczycielską, od Gminnej Rady Narodowej w Międzychodzie otrzymał Świadectwo moralności, gdzie napisano, że w latach 1926 do 1929 oraz 1936–1939 „prowadził się beznagannie i był gorliwym Polakiem”. Dodano jeszcze, że podczas okupacji był przez władze hitlerowskie poszukiwany; tymczasem był już wówczas w rękach gestapo.

                                                                                   

Numer 21045

Kilka dni przed niemiecką agresją na Polskę opuścił wieś i, tak jak miliony mieszkańców zachodniej Polski, w obawie przed nadejściem frontu uciekał „za Wisłę”. Wracając z tej bezsensownej wyprawy, zatrzymał się na krótko w Toruniu u swego szwagra Antoniego Błażaka przy ul. Sienkiewicza. 10 października wieczorem został tam  aresztowany przez gestapo i Selbstschutz, wraz z innymi osobami, które znajdowały się w mieszkaniu.

Po trzech dniach przesłuchań w toruńskim „okrąglaku” został przewieziony do Fortu VII na Bydgoskim Przedmieściu. Spotkał tam m.in. swego nauczyciela muzyki z seminarium w Tucholi Alfonsa Warczaka, zapamiętał także nauczyciela o nazwisku Kazimierz Frąckowski, który po wojnie został lekarzem i mieszkał w Słupsku. Znęcanie się nad więźniami na różne sposoby dało im przedsmak tortur i zbrodni, jakich mieli w przyszłości doświadczyć w hitlerowskich lagrach.

W Forcie VII Adam Kołodziej przebywał do grudnia 1939 r., po czym z grupą innych więźniów przetransportowany został pociągiem do Gdańska. Stamtąd po kilku dniach ciężarówkami przewieziono ich do Stutthofu. Był to pierwszy transport więźniów z terenu okupowanej Polski, dotychczas bowiem w obozie osadzano tylko mieszkańców byłego Wolnego Miasta Gdańska i Prus Wschodnich. Byli tam już inni nauczyciele ze szkół polskich w Niemczech. Już pierwszy dzień w obozie napełnił Adama przerażeniem, gdy na oczach wszystkich więźniów w wymyślny sposób bito pałkami Żydów z tego transportu. Podobne, okrutne operacje esesmani przeprowadzali nie raz, np. 12 lutego 1940 r. Nie sposób zapamiętać i opisać wszystkich form bestialstwa oraz egzekucji przed szeregami więźniów, jakich dopuszczali się strażnicy obozowi i kapo. 

W kwietniu 1940 r. Adam Kołodziej został przetransportowany do KL Sachsenhausen. Odtąd nie miał już nazwiska, tylko numer obozowy 21045. W zbiorze dokumentów i pamiątek przechowywanych przez syna Jerzego znajduje się kilkanaście brulionowych kartek, zawierających opisy wielu zdarzeń z obozów, bez zachowania chronologii, które nie układają się w potoczystą narrację, ale tchną niekłamanym autentyzmem. Fragmentaryczne notatki, poczynione po ok. 30 latach, pełne są relacji o przerażających zbrodniach – aktach bestialstwa i morderstwach. Najstraszniejszy był dziesięciotygodniowy okres kwarantanny. Był wówczas świadkiem męczeńskiej śmierci inspektora szkolnego Edwarda Rochonia z Sępólna oraz urzędnika z Torunia, działacza kaszubskiego Edmunda Jonasa, który na polecenie władz obozu uczył języka niemieckiego nowych więźniów. Po odbyciu tzw. kwarantanny wewnątrz obozu został przydzielony do robót poza obozem. Przez długie 5 lat katorżniczo pracował w cegielni, na różnych budowach jako pomocnik murarza, betoniarz, na placu drewna budowlanego lub dorywczo w innych komandach, np. na lotnisku.

Raz, niekiedy dwa razy w miesiącu wysyłał kartkę pocztową lub list do żony i córeczek w Wiśniewce, która teraz nazywała się Lugental; później zaś do Mathildenhof w powiecie sępoleńskim. Herzgeliebte Frau, Kinder und Eltern! – rozpoczynały się cenzurowane listy, po czym dziękował za otrzymaną korespondencję, czasem za paczkę, za przysłane 10 marek. Donosił, że czuje się dobrze, pytał o zdrowie, o wiadomości z domu. Nigdy nie pisał o życiu i wydarzeniach w obozie. Na koniec: Grüsse Euch Alle – Adam.

Zimą 1941/42 podczas budowy krematorium obserwował z ukrycia, jak z terenu Strafkommando codziennie rano wynoszono 10–12 trupów. Widział ludobójstwo dokonane na tysiącach więźniów Rosjan, których zamorzono głodem; stosy trupów przez całą zimę zwożono do krematorium. 15 marca każdego roku, w rocznicę zamachu na Hitlera w pociągu pod Monachium w 1932 r., z szeregów stojących na placu obozowym esesmani wybierali ok. 200 Polaków na rozstrzelanie. Tak jak wszyscy współwięźniowie, Kołodziej z drżeniem serca czekał, czy nie zostanie wyczytany jego numer. Podczas pracy w cegielni został przez kapo „przyłapany” na chwili odpoczynku; pobitego i pokopanego koledzy przywlekli go do odległego 3 km obozu. Nie był to jedyny przypadek pobicia do nieprzytomności. Latem 1942 r. przydzielono go, opuchniętego z głodu, do robót betoniarskich przy budowie kanału do fabryki Panzerfaust. Padł wówczas z wyczerpania i dzięki kolegom dostał się do szpitala; był świadkiem, jak esesmani chorych więźniów ładowali w koszulach na ciężarówki i wywozili na rozstrzelanie. Chcąc uniknąć śmierci, przed następną „branką” uciekł ze szpitala.   

W kwietniu 1945 r., gdy zbliżał się radziecki front, zarządzono ewakuację obozu. Na końcu kolumny marszowej zawsze szli esesmani i zabijali więźniów, którzy osłabli i nie mogli dalej iść. W pewnej wsi hitlerowcy spalili dużą grupę więźniów w stodole, w innym miejscu ciężarówka z grupą ludzi w pasiakach wjechała do lasu, po pewnym czasie wyjechała stamtąd pusta. Po dojściu do Schwerina ci sami hitlerowcy, lecz już po cywilnemu, rozstrzelali grupę przyprowadzonych więźniów, nakazując niemieckim mieszkańcom miasta uprzątnąć ciała.

9 maja 1945 r. Der Oberbürgermeister der Stadt Schwerin wystawił (po niemiecku i angielsku) zaświadczenie, że Adam Kołodziej, ur. 25 lutego 1904 r. w Flatow (Złotów), aresztowany (befand) 10 października 1939 r., do 2 maja 1945 r. był więźniem politycznym – politische Håftling  im Konzentrationslager.

 

Znów na Krajnie – Piaseczno

Przebywał najpierw w polskich obozach w Schwerinie i w Lubece, na początku listopada wrócił na Krajnę. Po ponad sześciu latach rozłąki nareszcie mógł uściskać najukochańsze istoty – żonę i córeczki Krysię i Urszulkę; cztery lata później urodził się jeszcze syn Jerzy.

Otrzymał posadę kierownika szkoły w Piasecznie, wiosce odległej o 2 km od Sępólna Krajeńskiego, objął stanowisko 1 grudnia 1945 r. Zaangażował cały zasób swej wiedzy i uczuć do wychowywania kolejnych roczników dzieci wiejskich, potem doznawał niekłamanej satysfakcji, spotykając swoich uczniów pracujących na różnych stanowiskach i pełniących ważne funkcje społeczne. Polubił Piaseczno, Sępólno i okolicę, głęboko interesował się społecznością, w której żył i pracował – przeszłością, środowiskiem geograficzno-przyrodniczym, życiem współczesnym. Owoce swoich zainteresowań przelał równym, kaligraficznym pismem na papier; popularno-naukowe opracowanie pt. „Gromada Piaseczno” pozostało w rękopisie jako pamiątka w rodzinnym archiwum. W 1968 r. po poważnej operacji gardła utracił mowę, rozstał się wówczas ze szkołą, odchodząc na emeryturę.

Przeżycia obozowe nie tylko zniszczyły mu zdrowie. Tkwiły w nim głęboko, odcisnęły się niezatartym śladem na psychice. Ale nigdy też nie zapomniał zmagań z niemiecką przemocą w walce o dusze polskich dzieci na Krajnie i Warmii. Do końca życia czuł się członkiem społeczności nauczycieli szkół polskich w Niemczech, utrzymywał kontakty z dawnymi kolegami. W 1959 r. uczestniczył w uroczystych obchodach 30-lecia Szkoły Polskiej na Ziemi Złotowskiej oraz na Warmii. Z okazji 40-lecia otrzymał w Olsztynie złotą odznakę honorową Zasłużonym dla Warmii i Mazur. W 1970 r. na prośbę Ośrodka Badań Naukowych im. Wojciecha Kętrzyńskiego w Olsztynie napisał wspomnienia „pracy walki nauczyciela polskiego o szkołę polską w Niemczech”.

Byli jak jedna rodzina, łączyły ich wspomnienia polskich wysepek w morzu niemczyzny, heroicznej pracy i dramatycznych losów. Mogli nawzajem świadczyć o sobie, o zwycięstwach i bolesnych porażkach. Oto fragment jednego ze świadectw, piórem znanej pisarki i nauczycielki Marii Zientary-Malewskiej: Nauczyciela Adama Kołodzieja, zamieszkałego obecnie w Piasecznie pow. Sępólno Kr., znam od  roku 1929. Pracował on wtenczas jako nauczyciel szkół polskich (...) na Ziemi Złotowskiej. Ja wówczas pracowałam jako nauczycielka szkoły polskiej w Wielkim Buczku. Specjalnie miałam możność obserwowania pracy nauczycielskiej i pozaszkolnej Adama Kołodzieja, gdyż pracował w Brąswałdzie, mojej wsi rodzinnej na Warmii. Był on tam nauczycielem od 1 kwietnia 1934 do 31 grudnia 1935 r. Adam Kołodziej z całym zapałem i poświęceniem wszystkich sił pracował nie tylko w szkole, ale w działalności pozaszkolnej wykazał dużo entuzjazmu i gorliwości jako Polak i patriota. Organizował on w pierwszym rzędzie i utrzymywał świetlice wiejskie w Brąswałdzie, Kajnach, Dywitach i Gutkowie, wpływając w duchu polskim na młodzież wychowaną w szkole niemieckiej. (...) Ta twarda postawa w obronie polskości była pretekstem do skazania go na karę więzienną. Zmuszony był opuścić Warmię, ale stale utrzymywał kontakt z rodzinami polskimi i ze swoimi wychowankami. (...)

Po zakończeniu czynnej służby nauczycielskiej, w ostatnich latach życia Adam Kołodziej doczekał się dowodów uznania. W 1971 r. został uhonorowany Krzyżem Oficerskim Orderu Odrodzenia Polski, a w 1972 r. przyznano mu rentę specjalną dla zasłużonych. Zmarł 1 lutego 1978 roku.

Joomla Templates - by Joomlage.com